"Życie jest jak pudełko czekoladek - niechciany prezent,
który chciałbyś zwrócić ofiarodawcy, ale nie wypada."
Archiwum X.
19.05.2013
Ostatnio zdałam sobie sprawę z paru rzeczy. Dokładniej, że trochę się różnię od ludzi dookoła. Nie wiem, czy ma mnie to martwić, czy cieszyć, bo czasem daje to poczucie wielkiego osamotnienia.
Refleksja ta naszła mnie zwłaszcza po Queensday, święcie holenderskim mającym miejsce końcem kwietnia. W pracy ludzie komentowali co robili w czasie święta, a że jedną z głównych atrakcji był wielki, doroczny targ, dzielili się wrażeniami z tego co kupili. Zdałam sobie sprawę, że jako jedyna poszłam na ten targ zarabiać, a nie przebierać w zużytych ubraniach i szukać sto piątej sukienki czy czterdziestej pary butów. Holendrzy są ignorantami i wyzbywają sie wszystkiego co im wadzi, włącznie ze starymi winylami na przykład, biegałam więc godzinami w pełnym słońcu po tym targu i szukałam wszystkich stanowisk, na których nieświadomi niczego mieszkańcy Nijmegen sprzedawali dobre winyle za bezcen. W ostatnich paru dniach też doświadczyłam ogromnej pasywności u ludzi dookoła. W lipcu jest święto zwane 4daagse, i całe miasto przez parę dni będzie przeładowane ludźmi - idealna okazja żeby zarobić: ludzie z chęcią zapłacą i 40eur za noc od osoby, więc goszcząc, powiedzmy, 4 osoby, można w tych parę dni zarobić 700-800Eur lekką ręką. Jako że wyjeżdżam w tym czasie na konferencję, oczywiście wynajmuję swoje studio, mimo że jest to pewne ryzyko, bo nie ma mnie na miejscu i nie mogę być pewna, czy ktoś mi nie zdemoluje mieszkania. Ale zdziwiło mnie niepomiernie, że ludzie wokół, mimo że niejednokrotnie wynajmujący spore domy, nie są w stanie podnająć nawet jednego pokoju, bo "lubią wygodę i prywatność". Ci sami, którym się nie przelewa i którzy chętnie by zobaczyli na swoim koncie trochę euro. Zauważyłam też, że mimo że jestem sama w obcym kraju, jakoś na tyle dużo ludzi mnie polubiło, że właściwie oprócz jedzenia nie muszę na nic wydawać. Kiedy potrzebuję darmowej terapii, mam to zapewnione, kiedy chcę się nauczyć holenderskiego, jest ktoś, kto chce mnie pouczyć (i to profesjonalnie), kiedy chcę potańczyć, mam darmowe lekcje… Jednym słowem, mimo że nie mam jakiegoś parcia na szkło, lepiej wykorzystuję możliwości dookoła - podnoszę pieniądze leżące na ulicy, biorę, jak ktoś mi coś daje za darmo, znajduję coraz to nowych ciekawych ludzi … Kiedy jeszcze mieszkałam w Warszawie, to nie było prawdziwie dorosłe życie, bo jednak tkwiło się jeszcze na garnuszku rodziców. No ale teraz to istotnie jest dorosłe życie, i chyba nie idzie mi tak źle. Raz trafiłam na kiepskiego szefa, ale obróciłam to na swoją korzyść, bo wiem teraz tyle, że mogę napisać swój własny projekt doktorancki i mieć ambicje na naprawdę dobre publikacje. W pozyskiwaniu pieniędzy i w podróżach za półdarmo też nie jestem najgorsza, jednym słowem, wszystko kręci się jak najlepiej. Codziennie wstaję z łóżka w dobrym humorze; niestety, często dobry humor mija, kiedy tylko idę do ludzi i kiedy ci ludzie dookoła zalewają mnie litanią pretensji i narzekań. Nie potrafią zrobić nic ze swoim życiem, zupełnie nic. Smutne.
Po drugie, zdałam sobie sprawę, że mam dość osobliwe wierzenia. W sumie jest to dosyć wstydliwy temat, bo kto by się w dzisiejszych czasach przyznał, że wyznaje wielobóstwo… A jednak tak właśnie jest. To dziwne uczucie, bo w okolicach 14. roku życia przestałam wierzyć w Boga Chrześcijan, a od tego czasu uważałam siebie samą za ateistkę z aspiracją do zostania-buddystą-kiedyś-w-przyszłości. Jednak, od kiedy pamiętam, pojawiały mi się też myśli typu 'oj, bóg chaosu znów zadziałał, bo się wszystko sypie', 'oj, bóg wojny we mnie wstąpił, bo zasuwam niestrudzenie od 48 godzin', 'oj, bogowi pożądania chyba dziś nudno, bo co chwilę mnie gnębi ', 'oj, bogowie chyba nieźle dziś imprezują, bo znowu mnie olali'. Kiedy narzeczony porzucił mnie w wyniku złej komunikacji, moja pierwsza myśl brzmiała: ''oho, bóg ciętego dowcipu'. To dlatego, że dwa miesiące wcześniej ukazała się moja własna publikacja na temat zgubnych skutków złej komunikacji w związkach.
Myślałam przez długi czas, że jest to mój własny, prywatny środek wewnętrznej narracji. Prawie każdy ma swojego cichego lektora, który obraca myśli w niewypowiedziany tekst (niektórzy ludzie tego nie robią i myślą tylko obrazami), a mój cichy lektor posługuje się dość barwnym i cynicznym językiem, w którym pełno parareligijnych i parafilozoficznych odniesień. No ale ostatnio zastanawiałam się więcej nad swoją wizją rzeczywistości i doszłam do wniosku, że wizja świata, nad którym czuwają niezbyt doskonali, marudni, znudzeni i nieustannie alkoholizujący się bogowie, którzy nie cierpią, kiedy człowiek się do nich modli, bo musieliby tego słuchać podczas gdy wolą pić, za to lubią bardzo, gdy robi się szalone i niespodziewane rzeczy, bo są znudzeni naprawdę na śmierć, w zasadzie mi się podoba. I że mam gdzieś głęboko, czy jest ona zgodna z obowiązującymi kanonami światopoglądu, czy nie.
Jaki ten system przekonań będzie miał wpływ na moją aktywność zawodową, nie wiadomo. Ale szalonych rzeczy brakować nie będzie, o nie.
28.04.2013
Kiedy tutaj przyjechałam ponad półtora roku temu, byłam entuzjastycznie nastawiona do swojego nowego miejsca, ale rychło musiałam się zmierzyć z różnicą pomiędzy obrazkiem Holandii, który zastałam, a tym, w co wierzą Polacy. Holenderska ignorancja na przykład nie ma wiele wspólnego z tolerancją, i po pewnym czasie - mimo że współpracownicy raczej mnie lubili - czułam się naprawdę nieakceptowana. Jak można siedzieć z kimś ramię w ramię przez rok i nigdy nie zapytać, jaki jest jej kraj, jak jej się podoba w Holandii, czym się różni kultura, kuchnia, muzyka … Już nawet nie wspominając o jakimkolwiek kontakcie poza pracą, no ale może nie każdy lubi mieszać życie prywatne z zawodowym, więc z tym to się już pogodziłam. W każdym razie, po paru miesiącach walenia głową w mur uznałam, że Holendrzy po prostu nie chcą mnie znać i skupiłam sie na pracy i związku. Teraz jednak, po tym jak pozostałam osamotniona, i to w skomplikowanej sytuacji na rynku pracy, nie pozostało mi nic lepszego jak tylko na nowo polubić Holandię.
Trochę mi w tym pomógł fakt, że teraz jestem w bardziej otwartym środowisku, gdzie ludzie bardziej przejmują się sobą nawzajem. Czy ma to coś wspólnego z faktem, że w okolicy jest więcej kobiet, czy nie - nie wiem, tym niemniej różnica jest wyraźna.
Pomógł mi też fakt, że Holandia to, co by nie było, opiekuńczy kraj. Mam to szczęście, że jestem obywatelką EU i, jako takiej, przysługują mi te same prawa co pracownikom z holenderskim paszportem. W związku z tym, kiedy mój nowy kontrakt był w produkcji, a stary już wygasł, poszłam do urzędu i poprosiłam o unemployment benefit. Przyznano mi 1200Eur miesięcznej zapomogi na rękę. To doprowadziło mnie do ataku wesołości, gdy tylko pomyślałam sobie, że koszty życia w Nijmegen są mniej więcej takie same jak w Warszawie (jak nie mniejsze), podczas gdy mój zasiłek znacznie przewyższa najlepiej płatne stypendia doktoranckie na UW. Mogłabym sobie tak zbijać bąki na zasiłku przez całe sześć miesięcy, ale oczywiście nie było to moją ambicją i zaczęłam nową pracę, kiedy tylko mogłam. Ale miło mieć poczucie, że państwo roztacza nad Tobą parasol ochronny i że nie trzeba panicznie bać się utraty pracy, bo wypowiedzenie dostaje się na trzy miesiące do przodu, co razem z zasiłkiem sumuje się do dziewięciu miesięcy, kiedy to można spokojnie szukać nowej posady. Nic dziwnego, że Holendrzy są jednym z najbardziej zrelaksowanych w życiu zawodowym narodów.
Następne co mnie zadziwiło i nastroiło dobrze do Holandii, to podziemia, które pokazały mi koleżanki z laba. Tutejszy kompleks, który tworzy szpital, uczelnia i przyległe instytuty, sam w sobie jest ogromny, a okazało się, że to i tak tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod całym kampusem znajdują sie imponujące, wielopoziomowe podziemia, łączące ze sobą wiele budynków. To tam jest większość sprzętu i zwierząt, i myśl o tym mrocznym labiryncie pełnym zabawek dla dorosłych - skanerów, skalpeli, akwariów i probówek - wywołała u mnie wielki entuzjazm. Nie miałam pojęcia że kiedy siedzę sobie w pracy i słucham muzyki, gdzieś tam pod moim tyłkiem pieczołowicie kroi się mózgi dzień i noc. Ale super - pomyślałam. Nie wiem jeszcze, jakie doświadczenia będę robić, ale już się cieszę na ten dzień, kiedy dostanę kitel i nożyczki do rozcinania szczurzych czaszek do ręki, i zjadę z tym dwa piętra pod ziemię.
No, ale oprócz tych wszystkich małych radości, które mnie ostatnio spotkały, w polubieniu Holandii w znacznej mierze pomogłam sobie sama. W Nijmegen rokrocznie odbywa sie czterodniowe święto pod wiele mówiącym tytułem 4daagse, czyli 'czterodniowe coś'. Polega ono na marszu po 50 kilometów dziennie, co sumuje się do 200km. Przyłączyłam się do drużyny Donders w tym sporcie, i mimo że nie mogę ostatecznie wziąć udziału z powodu konferencji za granicą, poznałam wiele wspaniałych osób podczas treningów, w tym wielu Holendrów. Jak sie po raz kolejny potwierdza, osoby chodzące po górach, zainteresowane podróżami i sportem, są bardziej otwarte niż inni, i wiele z tych osób słuchało z niemałym zaciekawieniem o tym, co się dzieje w naszej polityce i ekonomii, bombardując mnie przy tym pytaniami. Po raz pierwszy od długiego czasu poczułam, że ktoś naprawdę chce mnie poznać, a nie tylko odwalić standardowe uprzejmości i pójść dalej.
Poza tym, dołączyłam do rady doktorantów UMC (=szpitala Radboud). Poprzednio byłam członkiem rady Science (=jednego z wydziałów uczelni Radboud, co razem ze szpitalem tworzy jedną wielką jednostkę, ale uczelnia i szpital są oficjalnie dwoma różnymi pracodawcami), ale ponieważ zmieniłam pracodawcę na UMC, zostałam oddelegowana do nowej rady, która jest bardziej zsocjalizowana niż poprzednia, więc nabrałam większej ochoty włączyć się w przedsięwzięcia, które do niej należą. No i lubię pracować z ludźmi, z którymi się przyjaźnię, więc ucieszyłam się, że jest mniej sztywno i bardziej nieformalnie. Spotkania rady dają mi jakiś obraz tego, jak działa szpital, a że jest to moloch o bardzo skomplikowanej strukturze, cieszę się z szansy, że mam okazję obejrzeć wnętrzności, zanim ostatecznie podpiszę kontrakt doktorancki.
Poza tym zawzięłam się i nagrałam sobie holenderski kurs językowy na mp3, żebym mogła robić dwie rzeczy naraz, gdy biegam wieczorem. To niesamowite, ale można znacznie zwiększyć swoją produktywność, gdy cierpi się na adhd, a ja niestety cierpię, i to bardzo. Siedzenie w domu i uczenie się z kursu audio nie szło mi, bo było za nudne i zbyt monotonne. Podobnie, gdy narzeczony znikł, nudne stało sie bieganie, bo poprzednio zawsze biegaliśmy razem i dużo przy tym rozmawialiśmy. Kiedy tylko połączyłam te dwie rzeczy w jedno, nagle okazało się, że wszystko gra, a nawet lepiej - kiedy koncentruję się na nauce języka, biegnę lepiej, bo nie myślę o tym, że mam coraz cięższy oddech, a że mam coraz cięższy oddech, ciągnę coraz więcej powietrza i zwiększony dopływ tlenu powoduje, że uczę się dużo szybciej. W mojej rodzinie jest dużo poliglotów, włącznie z ojcem, który mówi siedmioma bodaj językami, i zawsze zastanawiałam się, dlaczego w porównaniu do całej reszty jestem aż tak tępa w tym temacie. No ale okazało się, że trzeba było znaleźć po prostu na siebie sposób. Mam też hiszpańskojęzycznych znajomych, małżeństwo, w którym ona nie mówi za dobrze po angielsku. W końcu stwierdziłam, że chyba będzie szybciej jeśli ja się nauczę hiszpańskiego skoro już i tak zaczęłam uczyć się języków, niż jeśli ona nauczy się angielskiego. No i w ten właśnie sposób wzięłam się za siebie i za swój kompleks.
No i co jeszcze… Wzięłam się za swój kolejny kompleks związany z tym, że nie za dobrze programuję, i póki co zapisałam się na internetowy kurs Pythona. Postanowiłam sobie, że nauczę się, jak się pisze aplikacje i przy okazji napiszę jakąś interaktywną grę z ładnymi, kolorowymi nauronami, i wszelkim innym badziewiem, na punkcie którego ludzie w instytucie mają świra. Na pewno będzie im się podobać, że ich dzieci grają w jakieś skaczące neurony na swoich smartfonach, a nie w tetris na przykład.
Suma sumarum, czuję się teraz aż dziwnie dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. No ale spory udział ma w tym kontrakt, o którym już wspominałam, i który w końcu dostałam na sześć miesięcy (z planem przedłużenia na PhD, na kolejne cztery lata). Wiedziałam, że kontrakt się pojawi, od stycznia, ale nie wiedziałam kiedy dokładnie, a słyszałam już różne historie o opóźnieniach z kontraktami, więc odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu mi go wysłali pocztą. Ale to, co tak naprawdę mnie podbudowało, to fakt, że moja płaca nie spadła, a nawet więcej, nieznacznie wzrosła. Teraz mam kontrakt research assistant, i słyszałam sto różnych wypowiedzi od osób postronnych w ostatnich tygodniach na temat: ile mi zapłacą. W większości przypadków słyszałam, że mniej niz poprzednio, ponieważ RA to nie ścieżka kariery, i że nie dostanę tyle co doktoranci. Przyznam, że to by mnie rozczarowało, bo płaca mniejsza niż poprzednia zawsze godzi w poczucie wartości u pracownika. Oczywiście, inaczej jest, gdy świadomie rezygnuje się na przykład z wyścigu szczurów na giełdzie czy w dużym banku i zmienia sie pracę na mniej czasochłonną czy stresującą, ale też mniej płatną. Ale ja miałam robić dokładnie to samo co wcześniej: agresywne computational neuroscience mocno ukierunkowane na publikowanie artykułów. Dodatkowo, miałam 1.5 roku doświadczenia zawodowego, czyli więcej niż większość doktorantów, którzy zaczynają. No więc odetchnęłam z ulgą, gdy usłyszałam od miłej pani w kadrach, że mają moje papiery i że moja pensja startuje tam, gdzie się zatrzymała: od pensji drugorocznego doktoranta, z poprawką na szpital gdzie pensje są przesunięte o 80Eur w górę w stosunku do uczelni, więc dostanę nawet odrobinę więcej niż poprzednio. Na dodatek jeszcze pani w kadrach powiedziała, że słyszała, że jestem bardzo inteligentna. To miło mieć szefa, który rozpowiada o pracownikach dobre rzeczy, bo mój poprzedni szef nie był niestety aż taki lotny jako manager. No więc ogółem, jestem teraz co prawda trochę zbyt zapracowana, żeby świętować, ale jestem też bardzo zadowolona z obrotu sprawy. Idzie ku dobremu.
12.04.2013
To niezwykłe, jak bardzo atmosfera w tym samym instytucie może się różnić od drzwi do drzwi, od budynku do budynku… W moim poprzednim labie było sporo przestrzeni i panowała cisza, czasem tak głucha, że aż dzwoniło w uszach. Gdyby jeszcze szef był sensowny, miałoby się wrażenie, że jest się w świątyni. Wpatrzeni w komputery, skupieni ludzie, w większości mężczyźni - taki był zasadniczy profil imprezy. Plus ja, niezmordowanie podskakująca na piłce przed swoim laptopem, i biegająca co godzinę po następne pół litra herbaty. Beze mnie ruch w pokoju przypominałby ruch w kostnicy - i pewnie tak to tam teraz wygląda.
Natomiast od kiedy przyniosłam się do innego laba (jako Research Assistant) i innego budynku, krajobraz nieco się zmienił. Wokół same kobiety, ludzie ciasno poupychani po pokojach, drzwi pootwierane na oścież, nieustanna wrzawa i hałas - ciężko się przy tym skupić na czymkolwiek. Od razu widać, że ludzie mają nieco inny tryb pracy, więcej jest doświadczalników, a mniej ludzi od modelowania i liczenia. Kiedy pracuję, muszę cały czas myśleć: analizuję, co czytam, porządkuję informacje, staram się zaprojektować modele, stawiając hipotezy, które da się sprawdzić na podstawie tego, co eksperymentaliści mi wrzucili (nie wspominając o tym, że sami często nie do końca potrafią wytłumaczyć się z dziur w danych). To oczywiście ma być coś, co ma ręce i nogi, jest ważne i nowatorskie, a jednocześnie nikt nie zrobił tego do tej pory. Research pełną gębą jednym słowem. Do pewnego stopnia jestem w stanie przecierpieć hałas, ale pracować w ten sposób po 40h tygodniowo jest ciężko. Jeszcze trochę i zostanę mistrzynią zen.
Inna sprawa, że jestem też nieprzyzwyczajona do otoczenia samych kobiet. Od kiedy poszłam do liceum, zawsze byłam w klasie mat-fiz, i zwłaszcza kiedy przeniosłam się z Bielska-Białej do Katowic, faceci zaczęli stanowić przeważającą większość otoczenia (w klasie proporcja mężczyzn do kobiet wynosiła 26:10). Już o studiach nie wspominając, w porywach do 20% kobiet. Trudno w takich warunkach nie wyrobić w sobie bardziej męskich niż kobiecych wzorców zachowania. Widzę teraz, że w porównaniu do koleżanek z laba bardziej staram się być niezależna, więcej myślę o tym, jak się rozwijać, by osiągnąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, a mniej o tym, żeby po prostu dobrze się czuć w pracy, a poza tym rozmawiam z innymi dopiero wtedy, gdy czuję, że odwaliłam już swoją robotę, zamiast od rana uprawiać radosny small talk ze wszystkimi dookoła - po prostu przedkładam postępy nad produkowanie przyjaciół. No i bardziej trzymam ludzi na dystans. W poprzednim labie czułam się nieprzeciętnie zsocjalizowana, a teraz dla odmiany czuję się jak najgorszy nerd. Nie mówię, że ten czy inny styl pracy jest lepszy, ale widzę zasadniczą różnicę i czuję, że jestem czymś pośrodku. Fajnie jest być unikalnym, tylko jak z tego wyciągnąć korzyści w tej sytuacji… Myślę nad tym intensywnie, ale nic nie przychodzi mi do głowy; chyba po prostu będę musiała nabrać grubej skóry i przyzwyczaić się do tego, że mam inny styl niż reszta.
Za to nowy szef jest równym gościem, i póki co zaskakuje mnie na plus. Ostatnio zapukałam z jakimiś pytaniami i niechcący wywiązała się dyskusja na temat świadomości i uwagi, i roli, jaką w powyższych odgrywa organ zwany wzgórzem (ang., thalamus). Nie mam pojęcia, czemu taka masa ludzi podnieca się koncepcją świadomości. Wszyscy ludzie ją mają, i niektóre zwierzęta, prawdopodobnie jest to naturalna konsekwencja złożoności mózgu, który ma przecież służyć analizowaniu otoczenia, więc na pewnym etapie rozwoju powinien w końcu zauważyć sam siebie. No ale wokół świadomości rozwinęła się potężna gałąź neuroscience, i przyjemnie czasami podywagować na ten temat, bo można się przez to poczuć jakby się było z powrotem w liceum. A przy okazji poczuć chamską satysfakcję, że spędza się radośnie czas na filozofowaniu, tyle że w przeciwieństwie do filozofów z wykształcenia, nasze płace są nieprzyzwoicie wysokie. A będzie pewnie jeszcze lepiej, bo ostatnio zaczął się wyścig zbrojeń; w styczniu Europejski Human Brain Project oficjalnie dostał dofinansowanie w wysokości 1mld euro, na co niemal natychmiast zareagował Obama, ogłaszając, że niebawem Amerykański Human Activity Mapping dostanie 3mld dol. Robi się ciekawie, co na to EU?
Jeśli już jestem przy tym, co mnie nie interesuje, to może powiem też, co mnie interesuje. Co prawda za krótko zajmuję się tą dziedziną, aby powiedzieć z całym przekonaniem, czym chcę się zajmować w przyszłości, ale napewno interesuje mnie to, co - w przeciwieństwie do świadomości - sprawia, że ludzie różnią się między sobą. Na przykład, czemu jedni są bardziej inteligentni od innych, albo czemu jedni w tych samych okolicznościach życiowych czują się szczęśliwi, a inni nie. Moim zdaniem stan względnego zadowolenia to default, jeśli więc ktoś ma problemy z podtrzymywaniem tego stanu i w efekcie stopniowo popada w ciężką chorobę nieodwracalnie niszczącą tkankę nerwową, jaką jest kliniczna depresja, winny jest nieoptymalny system reagowania na bodźce z zewnątrz. Pytanie, gdzie szukać pierwszej przyczyny, bo mózg z punktu widzenia neuronaukowca jest ogromny… Jednak bez wątpienia wierzę w to, że przyczyna leży w złym przepływie lub też złej analizie informacji gdzieś po drodze, zanim sygnały otrzymane za pośrednictwem zmysłów wrócą do kory i na ich podstawie zostaną uformowane myśli. Pytanie: gdzie po drodze? Ale jedno pytanie jest jeszcze trudniejsze: czemu nikt się tym do tej pory nie zajął? Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, byłam zszokowana. Są dziesiątki labów, które pracują nad tak specyficznymi problemami jak system słuchowy muszki owocówki, a nie ma nikogo, kto zająłby się takim banalnym pytaniem jak moje. Powód jest prosty: naukowcy wolą pewniaki. Muszkę owocówkę da się rozebrać na części, przestymulować neuron po neuronie i patrzeć co się dzieje. W przypadku człowieka trzeba liczyć na własny instynkt, bo za mało wiadomo, żeby być w stanie zbudować model czegokolwiek neuron po neuronie. Co prawda ludzie z Human Brain Project próbują, ale powiem im tylko: powodzenia, bo to nie ma szansy zadziałać. Dlaczego - to już materiał na inny wywód, ale wierzcie mi, cały ten projekt jest dobrym pomysłem jedynie jako donor euro.
Tak czy inaczej, mówię o tym, bo wczytałam się bardziej we wspominaną wcześniej biografię Schwarzeneggera i obserwuję pewne podobieństwo w myśleniu. Arnoldzik jako nastolatek wiedział, że chce pojechać do Ameryki i być sławny, ale nie bardzo wiedział, jak to osiągnąć, natomiast zainteresował się kulturystyką i szybko stał się w tym dobry (myślę, że nie tylko dlatego, że miał do tego warunki, ale - z tego co mówił - miał też oryginalne i nowatorskie spojrzenie na system treningów, które to spojrzenie szybko przyniosło efekty). Problem polegał na tym, że w latach sześćdziesiątych kulturystyka była postrzegana jako dziwactwo, a kulturyści - jako karykatury. Nie wydawało się więc, by bycie Mister Universe mogło Mu w czymkolwiek pomóc, gdy już wylądował w USA po raz pierwszy - jako imigrant bez języka, startujący w konkursach dla przerośniętych krewetek. A jednak stał się sławny. Dlaczego? Ponieważ uważał, że kulturystyka to wspaniały sport i forma sztuki, i że zasługuje na więcej uznania. Po czym tak długo i niestrudzenie promował ten sport, organizując ewenty, rozmawiając z prasą i telewizją, przekonując znanych ludzi, że kulturystyka jest sztuką, aż przekonał. Zajęło Mu to jakąś dekadę, ale dopiął swego. Ja też mam swoje cele, może i mniejszego kalibru, a mimo to ambitne, i wyczuwam podobieństwo w podejściu. Od czegoś trzeba zacząć, więc napisałam o swoich poglądach papier i mam nadzieję, że do lipca ukaże się już w druku, bo jadę z plakatem na konferencję do Paryża, i będę stawać na głowie, by przekonać możliwie największą liczbę ludzi, żeby go przeczytali. Mam okropną słabość do programu typu Tap Madl i trochę się czuję jak taka zawodniczka na zadaniu: tylko chwila do zaprezentowania się w tłumie, i do tego trzeba w tym czasie zwrócić na siebie uwagę tylu osób ilu się da, i na dodatek jeszcze sprawić, żeby słuchali i zapamiętali myśl przewodnią. No ale, jak powiedziałam, od czegoś trzeba zacząć…
07.04.2013
Ktokolwiek uważa, że Roman z 'Na wspólnej' jest kosmitą, powinien niezwłocznie pochylić się nad rodziną Bielczyków. Ilekroć jadę do domu na święta, dochodzą mnie rewelacje, ale tym razem to już przesada. Siostra właśnie zajęła drużynowo drugie miejsce w akademickich mistrzostwach UK w szermierce i ma pierwszy papier w Nature (Genetics), ojciec jak zwykle odnosi sukcesy w trenowaniu młodzieży w szachach, ale najlepsze z tego wszystkiego, że matka… zaczęła studia na New York University. I nie przyznała się wcześniej, biedna, bo… wstydziła się, że wydała na czesne pięć kafli. Kiedy zmarła niedawno ciocia była w jej wieku, zapisała się na uniwersytet trzeciego wieku w Katowicach i sądziłam wtedy, że to szczyt odwagi. No ale moja stara to twardzielka jakich mało. Zadeklarowała nawet, że nie obraziłaby się, gdyby została CEO General Electric, i myślę sobie, że nic mnie już nie zdziwi. Gorzej, że teraz to już naprawdę trzeba wziąć się w garść, bo wstyd siedzieć i rozmyślać nad sobą, podczas gdy Twoje własne wapniaki zdobywają świat. Na dodatek matka nauczyła się włoskiego w wieku lat czterdziestu i angielskiego w wieku lat pięćdziesięciu (oczywiście pracując na pełny etat i zajmując się domem jednocześnie), a mnie się nie chce uczyć holenderskiego, bo 'mam prawie trzydziestkę na karku', mimo że mieszkam w Holandii i mam wszystkie wieczory wolne. Co za wstyd.
Za każdym razem, kiedy muszę spiąć pośladki, najlepiej działają na mnie biografie tych, którzy do czegoś tam doszli. O dziwo, niekoniecznie intelektualistów. Tym razem zabrałam się za dość przychylnie przyjętą przez krytyków biografię Arnolda Schwarzeneggera. Już po kilku rozdziałach trzeba przyznać, że nie jest to zbyt sentymentalny typ, ale jednak dało mi do myślenia to, co napisał. Miał cel do zrealizowania, konkretny i bardzo indywidualny - zdobyć wszystko co jest do zdobycia w bodybuildingu, pojechać do Hollywood i zostać aktorem pierwszej klasy. Wszystko to wiedział już będąc nastolatkiem i cel swój konsekwentnie realizował. Mój problem polega na tym, że moje cele są zbytnio splątane z celami innych ludzi, i w związku z tym zależne od innych i od ślepego losu. Podczas gdy może lepiej znaleźć sobie jakąś ambicję zupełnie niezależną od innych ludzi, a reszta przyjdzie sama. Pracuję nad tym, ale jeszcze chwilę mi to zajmie. Mam swoje pomysły, ale niektóre z nich są szalone, a inne mgliste i niedopracowane. Mało kto ma takie szczęście, że trafia na to "coś", co chce robić przez całe życie, w wieku nastoletnim. No ale jestem dużo bliżej niż kiedy pisałam magisterki w Warszawie, to na pewno.
By the way, biografię Arnolda póki co znajduję jako dużo lepszą niż biografia Steve'a Jobsa, która była dla mnie zupełnie niestrawna. Geniusze nieco przesadzają, gdy przychodzi do analizowania przeszłości, i kończy się pompatyczną nowomową. Nie cierpię tego.
A jeszcze do wieku wracając, jak byłam mała, zawsze chciałam mieć między 25 a 30 lat. Zupełnie inaczej niż koleżanki, które chciały mieć 16-17. Uważałam, że wtedy jest sie jeszcze młodym, a już dojrzałym i niezależnym, i że to musi być fajne. Owszem, to jest fajne, i tym bardziej jest to marnotrawstwo: siedzieć i rozmyślać nad sobą. Swoją drogą, pod pewnymi względmai czuję się jakbym znowu miała 17 lat - zwłaszcza kiedy trzeba przemycać wódkę za plecami rodziców. Home, sweet home.
A swoją drogą, korzystając ze śnieżnej pogody w Wielkanoc, poszłam sobie w góry, nie zważając na kontuzję stopy, i właściwie na jednej nodze wtoczyłam się na Klimczok, w śniegu po pas. Przyszło mi tego dnia do głowy, że to, co mamy przed oczami oczyma wyobraźni, w ogromnym stopniu determinuje to, co robimy w życiu. Ostatnio pisałam artykuł o modelowaniu chorób kognitywnych, i dopiero teraz zauważyłam, że właściwie to, co opisałam w tym artykule, pokrywa się niemal idealnie ze wszystkim tym, co widzę przed oczami w trudnych chwilach. Kiedy poprzedni szef był dla mnie wredny i utrudniał mi znalezienie nowej pracy, kiedy nagle znikł narzeczony, kiedy nie miałam w ogóle energii, starałam się nie myśleć o niczym konkretnym, tylko wyobrazić sobie, że stoję sobie wysoko w pięknych górach. A teraz czytam swój własny manuskrypt, który wtedy pisałam, i widzę, że napisałam artykuł o… górach. Analogia jest jasna jak słońce. Wytłumaczę dokładnie, o co mi chodziło, kiedy tylko artykuł się ukaże, ale teraz chyba nie bardzo mogę mówić o szczegółach, takie zasady w pracy:)
09.03.2013
Czasami to lepiej byłoby niczego nie czuć. Ostatnio, pierwszy raz w życiu, jedząc czekoladę, czułam się tak, jakbym jadła mydło. Musiałam dokładnie oglądać kostki czekolady, bo nie wierzyłam, ze są prawdziwe. No ale na każdej wytłoczone było ‘Milka’, więc chcąc nie chcąc musiałam uwierzyć. Codziennie wieczorem zmuszam się, żeby zjeść cokolwiek, i to najlepiej zdrowego, ale nie jest to łatwe, bo wszystko smakuje obojętnie. Może poza łososiem z awokado, to smakuje zawsze dobrze.
Na szczęście, o ile jedzenie jest rozczarowujące, nie można tego powiedzieć o ludziach. Pojechałam w zeszłym tygodniu do siostry, i poczułam dzięki temu po raz pierwszy, że może i straciłam faceta, ale zyskałam rodzinę na nowo, bo pierwszy raz czuję prawdziwe wsparcie z Jej strony. Za dwa tygodnie, specjalnie dla mnie, wpada koleżanka ze Szwajcarii, bardzo mądra osoba, która o dziwo znalazła dla mnie miejsce w swoim nadzwyczajnie napiętym grafiku, i to na cały weekend. W międzyczasie, będziemy gotować z paroma kolażankami polski obiad na 40 osób, a na sierpień, kiedy miałam w planach jechać na podróż poślubną do Kenii i Tanzanii, mam już zastępstwo za niedoszłego męża w postaci dobrej przyjaciółki, która jest w stanie wziąć na siebie ryzyko związane z chorobami na miejscu i z ewentualnym powrotem partnera i odwołaniem jej wyprawy w związku z tym. Nawet teraz, mogłabym być we Francji, bo zostałam tam zaproszona przez kolegę, na zupełnie darmową wycieczkę, ale odmówiłam, bo chciałam trochę popracować przez weekend. Przeczytałam ostatnio dobrą ksiązkę, i ta książka mówi, że dobrzy ludzie są wszędzie. Owszem, dobrzy ludzie są wszędzie.
A teraz chwilę o tej książce. ‘Obudź w sobie olbrzyma’, bo tak się nazywa, to był w moim mniemaniu typowy motywator dla nieudanych menagerów, ale w istocie, okazało się, że to całkiem dobra ksiązka. Co prawda, jej efekty nie są trwałe, nie wystarczy ją więc przeczytać, żeby od razu stać się wspanialszym, silniejszym człowiekiem. Ale to dobra podstawa do pracy nad sobą, i dostarcza dobrego materiału do przemyśleń. Na przykład, uderzyła mnie uwaga, że wiekszośc ludzi przecenia to, ile mogą zrobic w rok, ale nie docenia tego, co mogą zrobić w dziesięć lat. Święte słowa. Co było dziesięć lat temu… Hm… Właściwie, nic. Nastolatka z trzeciej klasy szkoły średniej, próbująca się nauczyć analizy matematycznej domowymi metodami. Teraz zastanawiam się, jak naprawić świat, a jakaś analiza to taki środek, jeden z wielu, po który sięgnę, jak będzie ku temu potrzeba. I w ogóle, jak już przyszło mi w czasie lektury ocenić postępy pod wieloma różnymi względami, okazało się, że właściwie we wszystkim jestem lepsza niż wtedy; zdrowsza, ładniejsza, silniejsza, bardziej rozwinięta duchowo, mająca więcej środków materialnych, wiedzy, umiejętności w rękach, perspektyw. Nie mam pojęcia, czym się tak uparcie martwię. Faktycznie, z roku na rok cięzko zauważyć efekty swojej ciężkiej pracy, trzeba spojrzeć w tył o kilka lat. I planować tak na kilka lat do przodu. Na ten rok mam tylko cztery najpilniejsze rzeczy do zrobienia. Po pierwsze, wyzbyć się w końcu lęków. Jak to juz słyszałam wiele razy i z wielu źródeł, 80% obaw w życiu jest nieuzasadnionych. Święta prawda. Zostałam sama i co? Czy niebo się zawaliło? Świat jest pełen facetów. Co prawda za dobrze wiem, czego chcę, żeby często zdarzali się tacy, którzy mi się spodobają, ale jak poznam wystarczająco dużo ludzi, to przecież znowu się taki trafi. Poprzedni nie był ani przystojny, kiedy go poznałam, ani dobry w łóżku, ani nie potrafił zaprosić dziewczyny na sensowną randkę, wszystkiego nauczyłam go sama i pracowałam cięzko, żeby wydobyć jego potencjał. Myślę, że jest wielu, z których dałoby się wydobyć podobnie dużo, po prostu ten miał szczęście, że akurat mnie spotkał. Może czas dać trochę dobrego komu innemu, kto bardziej doceni mój talent do pracy z ludźmi i ciężką pracę. Po drugie, wypracować sobie dobry projekt doktorancki. Przenoszę się do laba, który ma dużo pieniędzy, ale jest w fazie tworzenia i ma w związku z tym słabą organizację, ode mnie i od mojego samozaparcia więc głównie zależy, czy to będzie świetny projekt, czy średni. Może być cudowny, może być bardzo, bardzo przeciętny, i muszę włożyć dużo pracy w to, żeby wypracować swoje pomysły i przelać je na papier, lub też raczej na komputer, i pozyskać dobrych współpracowników. Po trzecie, zaproponować i opublikować swój pierwszy działający model jednej z mental disorders, nad którymi tam pracują, jeszcze nie wiem której dokładnie, więc nie chcę się ograniczać. Ale chciałabym pchnąć research w tej dziedzinie do przodu, zaproponować coś, testować hipotezy, poznawać. Nie tylko napisać jakiś review paper, ale dołożyć choć jedną małą cegiełkę. I po czwarte, nie dać sobie odebrać tego, na co ciężko pracuję. Miałam w planach wejść na Kilimanjaro końcem sierpnia w ramach podróży poślubnej i - z partnerem lub bez - zrobię dokładnie to, co sobie obiecałam. To znaczy, nigdy nie ma gwarancji, że nawet przy najlepszym treningu osiągnie się cel, bo skuteczność ogółem na wszystkich trasach na szczyt jest niższa niż 50%, ale pojadę i spróbuję.
Ponadto, w książce była taka sensownie brzmiąca rada, żeby starać się dobry stan emocjonalny utrzymywać najdłużej jak się da, a starać się złe stany zagłuszać, ośmieszać złe myśli, starać się zredukowac cierpnienie od minimum. Wydaje mi się, że tutaj jest pies pogrzebany. Ludzie nie drążą przyczyn dobrego nastroju, bo uważają ten stan za prawidłowy, natomiast ewolucyjnie uwarunkowane jest to, żeby rozpamiętywać złe stany, po to chociażby, żeby nie popełniać tych samych błędów po raz drugi. A tu się trzeba nauczyć nieintuicyjnie i odwrotnie: kontemplować, i zachwycać się nad sytuacją w szczegółach, ilekroć wpada się w dobry stan, a ilekroć wpada się w zły, starać się ignorować. Próbuję, chociaż nie jest to łatwe, oczywiście. Ale dzisiaj w sumie udawało mi się przez większośc dnia, miałam dobry humor mimo że padało, potem dostałam trochę kiepskich informacji, ale obejrzałam jakiś niezły film i juz jest znowu dobrze.
Poza tym, Life of Pi. Widziałam tylko film, tym niemniej warto.
23.02.2013
W sumie, obserwując to, co się ostatnio dzieje w mediach, mogę spojrzeć na problem pozytywnie: mógł zastrzelić. Mogę też powiedzieć, że mam teraz niepowtarzalną szansę przekuć spostrzeżenia na temat życia w coś pożytecznego, na przykład przyłączyć się do drużyny Donders w… chodzeniu i zdobyć medal. Właśnie mi to zaproponowali wczoraj: udział w słynnym 4daagse w lipcu, w którym chodzi się przez cztery dni z rzędu po 50km dziennie, i jest to wyczyn zespołowy za który drużyna dostaje medal. Akurat świetnie pasuje do mojej obecnej wizji życia jako chodzenia w kółko i bez sensu.
Zresztą, ironia znalazła nową definicję. Jakieś dwa miesiące temu wyszła moja publikacja z matematykami z Wydziału Matematyki MIM, w której to publikacji pokazaliśmy z grubsza, że opóźnienie w reakcjach emocjonalnych w związku gra kluczową rolę w stabilności związków, i że zarówno zbyt szybka, jak i zbyt powolna reaktywność może prowadzic do rozpadu. Po czym, dwa miesiące później, narzeczony nagle oświadcza mi, że od pół roku właściwie nie czuje juz, że mnie kocha, i że odchodzi.
To takie dziwne uczucie: obserwować własny organizm w sytuacji, w której zbiera się do walki; adrenalina bierze górę, nie czuje się głodu i nie śpi się prawie wcale. Całkiem tak jakby ciało jeszcze nie zauwazyło, że nie ma o co walczyć, bo juz dostało się nożem w plecy… Przede wszystkim jednak, po prawie dwóch tygodniach niejedzenia uznałam, że przeżywać należy tak, aby przeżyć, a w tym celu trzeba przeżuwać. I zrobiłam sobie dziś w końcu porządny talerz makaronu, pierwszy od niepamiętnych czasów. Przygłodzone ciało chyba tego potrzebowało, bo od razu poprawił mi się humor.
Kiedy myślę o tym wszystkim, boli mnie, że ludzie tak uparcie i tchórzliwie ukrywają swoje przemyślenia przed drugą osobą. Pół biedy jeszcze, gdy chodzi o życie zawodowe; w końcu jest się tylko jednym pracownikiem z wielu, a w miejscu pracy z definicji powinno się odsuwać emocje na bok. W sumie może się więc zdarzyć, że nie przewidzi się nagłego kopniaka w tyłek, nie zauważy się drobnych objawów zbliżającej się katastrofy. Gorzej gdy emocje skrzętnie ukrywa najbliższa osoba, i to jest tak naprawdę dewastujące, prawdopodobnie na długie lata. Już pal licho, że jakiś tam ślub przepada, bo to koniec końców tylko papier, gorzej że ktoś bliski konsekwentnie mówi jedno, a myśli drugie.
I na dodatek trzeba przejść przez to wszystko samemu, na trzeźwo. Byłam u lekarza, ale powiedział mi, że objawy somatyczne, których dostałam, to normalna reakcja organizmu, i nie jest w stanie na to nic poradzić i niczego mi nie zapisze. Mam też kontakt z pewną bardzo mądrą panią, która na ogół częstuje mnie garścią dobrych rad, a tym razem powiedziała, że nie ma lepszego rozwiązania niż przecierpieć swoje i starać się stopniowo odbudowywać zaufanie do ludzi, co może potrwać naprawdę długo.
Nie wiem, może miał złych doradców… Dość powiedzieć, że kilku jego tutejszych kumpli-singli, nim minęło pól miesiąca od rozstania, zdążyło mnie próbować zaprosić na kawę albo picie. Tak sie właśnie kończy, jak ktoś, kto jest w związku, i to dobrym, prosi o rady strugających cudowne życie samotnych kolegów. 'Nie ta, to inna', 'zacznij w końcu żyć' - wyobrażam to sobie. A prawdziwe intencje widać. Sama byłam singlem przez długie lata i nienawidziłam tego stanu. Potrafiłam wmówić mnóstwu osób dookoła, że świetnie mi się żyje, a nie miało to nic wspólnego z prawdą. Przecież żaden singiel nie robi wrażenia na otoczeniu dlatego, że tak fajnie się czuje, tylko po to, żeby kogoś sobą zainteresować… No ale mój luby chyba musi przekonać się o tym sam.
Co mi się również w dzisiejszych związkach nie podoba, to kardynalny błąd naszych czasów: macdonaldyzacja związków międzyludzkich. Rozumiem, że można wymieniać pracę na lepszą, ale czemu za każdym razem, kiedy przejściowo następuje gorszy okres w związku, wymieniać partnera, na kolejnego, i kolejnego, i kolejnego… To jest koszmarny zwyczaj, który prowadzi do tego, że dziś, w czasach kiedy teoretycznei każdy może być z kim chce, ludzie są mniej szczęśliwi w związkach niż w dziewiętnastym wieku, kiedy większość ślubów była aranżowana. Powód jest banalny: wtedy po małżeństwie nie spodziewano się niczego nadzwyczajnego, teraz każdy spodziewa się fajerwerków. No i w efekcie, jak się zdarzy parę miesięcy pod rząd bez jeżdżenia na zagraniczne wakacje i drinków z palemką, za to z przyjściowymi problemami w pracy i na studiach, partner urasta do rangi pryszcza na dupie.
Jak dla mnie, wyszła jeszcze inna sprawa. Oprócz nadszarpniętego zaufania, wyszedł bowiem inny problem, który zawsze gdzies tam był, a teraz przybrał na sile. To pewnie dlatego, że byłam tak długo sama przed związkiem, bo nie widzę innej możliwej przyczyny, w każdym razie po prostu panicznie się boję, że przyjdzie mi zestarzeć się w samotności… Dlatego zareagowałam co najmniej nerwowo, gdy luby poinformował mnie, że chciałby odłożyć ślub na kiedyś w przyszłości. Kiedy zaczęłam się o to szarpać, zdecydował się wynieść. Nie wiem, co by było, gdybym się aż tak bardzo nie zbulwersowała tą zmianą planów… W każdym razie czuję, że ten lęk dewastuje mi życie, i że muszę coś z nim zrobić. A może to nawet nie jest lęk przed samotnością na starość, tylko przed utratą czegoś, co się mozolnie i konsekwentnie budowało przez lata. Teraz, kiedy w zasadzie jestem singlem, jakoś nie cierpię na brak zainteresowania i możliwości, więc te lęki okazały się irracjonalne (jak to lęki). Póki co, nie chodzę więc na randki, ale to dlatego, że chcę pobyć sama ze sobą, a nie dlatego, że nie ma jak i z kim. I zastanawiam się, co zrobić, żeby już nigdy nikogo nie męczyć tymi lękami ponownie.
Myślę, że mam też generalny problem z akceptowaniem losowości w życiu. Zdałam sobie w pewnym momencie sprawę z tego, że wszystko co dotąd robiłam, to były pewniaki. Inwestowałam czas w naukę i studia, bo tam wszystko jest jasne - jak się przyswoi konkretną wiedzę i zaliczy konkretne przedmioty, dostaje się dyplom, finito. W życiu osobistym jest całkiem inaczej, bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. Jak partner z jakichś przyczyn dojdzie do wniosku, że nie chce już ze mną być, a może mieć ku temu tysiąc różnych powodów, to po prostu odejdzie, i nie ma żadnego sposobu, żeby się przed tym uchronić, co mnie w tej chwili odstręcza od myśli o związkach w ogóle. No dobra: jest jeden sposób. Można się związać z kimś, za kim i tak nikt się nie obejrzy, więc taki facet mooooże będzie czuł trochę wdzięczności wobec losu. No ale to nie jest rozwiązanie. Tutaj też debatowałam z co najmniej kilkoma koleżankami, i byłyśmy w tej kwestii zgodne: trzeba trzymać poprzeczkę wysoko i koniec.
Myślę, że trochę przygniotły mnie te problemy. Czuję się trochę jak Bilbo Baggins przed odpłynięciem z elfami na zachód, jak rozsmarowana cienko na kromce chleba. Że mam potrzebę ruszyć się dokądś. Zeszły weekend spędziłam z przyjaciółką, kolejny będę spędzać z siostrą, ale to wciąż jest jeszcze nie to. Będę negocjować z szefem, żeby pozwolił mi wziąć trochę dłuższą przerwę i pojechać gdzieś naprawdę daleko…
Tymczasem zajęłam się sobą i swoim przyziemnym życiem. Będę teraz zmieniać pracę i zastanawiam się, jak nie popełniać wszystkim tych błędów, jakie popełniałam w poprzedniej. Na przykład, wychodziłam z założenia, że skoro mam indywidualny projekt i jestem nikomu do niczego niepotrzebna, to właściwie nie potrzebuję marnować dwóch godzin w ciągu dnia na wystawanie przed lustrem, podróż do i z pracy, mogę więc popracować w domu. Niestety, mimo że teoretycznie wolno tak robić, w praktyce szef w takiej sytuacji dochodzi do wniosku, że robota zrobiła się sama. Porozmawiałam z dobrą koleżanką, która robi bardziej w biznesie niz nauce, i zgadzam się, że trzeba ścisnąć tyłek i być we właściwym miejscu we właściwym czasie, i oprócz ciężkiej pracy dbać również o to, żeby inni tą ciężką pracę widzieli. Do tego, że często ważniejsze od kompetencji jest jedzenie razem lunchów, nie trzeba mnie przekonywać, ale jak w tej sytuacji zadbać o to, żeby interakcje z innymi nie przeszkadzały w pracy, skoro nie opłaca się wynosić roboty na wieczory do domu? Jedyne sensowne rozwiązanie to przychodzić na tyle wcześnie, że inni jeszcze nie kręcą się w pobliżu, i najtrudniejszą robotę wykonywać zawsze przed lunchem, czyli przez 3-4 najbardziej produktywne godziny robocze, gdy jest się jeszcze świeżym, a wokół jest cicho. Potem trzeba natomiast jeść wspólny lunch, gadać z kim się da i robić to co nudne, ale proste, i tak do 17:00. W ten sposób wychodzi się na najpracowistszą osobę w budynku, bo jest się na miejscu przed innymi i wychodzi się już po sekretarkach i szefie, a jednocześnie na zsocjalizowaną i do tego ma się wszystko zrobione na czas. To taki patent do wypróbowania, a jak wyjdzie - zobaczymy.
Zabrałam się też za zakupy, takie dla siebie. Od pół roku, od kiedy mieszkaliśmy razem, nie miałam czasu na kupienie sobie nawet nowych spodni, mimo że spodnie, w których chodzę, są już zupełnie starte. Zawsze jakoś miałam czas iść w sobotę z lubym na zakupy, z czego lwią część stanowiły zakupy pod Jego majsterkowanie, a jakoś dla siebie nigdy nie znalazłam czasu, z czego zdałam sobie sprawę dopiero teraz. Mogę też swobodnie pojechać i odwiedzić przyjaciół, i zaczęłam w końcu robić z tego użytek. I czuję jakiś powiew świeżości w swoim nudnym życiu, obracającym się dotąd wokół pracy i faceta.
Poza tym realizuję swoje fantazje, które nie znajdywały zrozumienia u partnera. Na przykład, śmiał się z mojego pomysłu kupienia klozetu w czerwone róze, który wypatrzyłam gdzieś na mieście, i który bardzo chciałam mieć, mimo że nie mam jeszcze nawet własnej łazienki. A ja właśnie chcę mieć taki tron w róże, i zainstaluję go sobie w wymarzonym domu, który sobie kiedyś zbuduję. No więc dzisiaj poszłam i kupiłam, a teraz na niego patrzę i się cieszę. Koleżanki mi mówią, że kiedy namawiały mnie, żebym poszła na zakupy, nie to miały na myśli, ale nie dbam o to.
Znalazłam sobie też nowego współlokatora. Ma na imię Stanley i jest ciekawą świata myszką maści szaroburej. Słodki, i oddawanie kału wydaje sie być dla niego ważne w życiu, więc od razu przypadliśmy sobie do gustu.
12.02.2013
Właściwie nie wiem, co napisać. Życie mi się całkiem rozsypało. Dwa miesiące temu straciłam pracę, a teraz narzeczony nagle odszedł. Właściwie, mogłabym się w tym momencie rzucić z okna, albo zajeść się makaronem na śmierć, bo skoro nic nie zależy ode mnie i skoro mimo heroicznego wysiłku można bez widocznej zapowiedzi stracić kontrakt, ale też jedyną bliską osobę, to właściwie jaki jest sens wszelkich starań. Mam poczucie, że mam 27 lat, i jednocześnie nie mam nic. Zupełnie nic.
Po pierwsze, problemem było to, że trudno nie uzyskać efektu negatywnego feedbacku pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym, zwłaszcza żyjąc w dwie osoby na małej przestrzeni. Właściwie, to się dzieje samo dopóki się tego świadomie nie zatrzyma - problemy przyniesione z pracy albo studiów kładą się cieniem na związek, więc przychodzi się w stresie do pracy, a potem to samo znowu i znowu… I wpada się w nie kończące się błędne koło. Ciężko coś z tym zrobić, jeśli nie rozmawia się o tym na bieżąco… A to, że niedawno straciłam pracę, też nam nie pomagało. On miał swoje problemy, ja miałam swoje… W końcu, przytłoczony, zaczął mnie obwiniać o te swoje i już.
Przy okazji tej katastrofy, co dobre, miałam okazję porozmawiać przez internet /telefon z kilkunastoma osobami, które uważam za bliższych bądź dalszych przyjaciół, i widzę, że moja percepcja różni się od ichniejszej w wielu miejscach. Przede wszystkim, wbrew mediom, nie uważają, że 27-letnia kobieta powinna się czuć staro. Zwłaszcza, o dziwo, koleżanki, w moim wieku i starsze, są niepomiernie zdziwione moim podejściem. Nie wiem, może to kwestia tego, że moja siostra wyszła za mąż w wieku 23 lat… A może to wpływ telewizji, ukazującej kobiety po trzydziestce jako desperatki. A może fakt, że przez całe studia byłam sama, i panicznie się bałam, że ten niszczący dla mnie stan wróci… No i wrócił. Nie mogę się wyzbyć lęku przed samotnością niestety, i muszę się tego nauczyć. Bo kiedy pytam siebie, co jest dla mnie ważniejsze: On, czy ślub przed trzydziestką, to na pewno On, a z moich słów pewnie tak nie wynikało. Jutro zresztą zaczynam w tej sprawie terapię.
Poza tym oczywiście znajomi zasypali mnie dobrymi radami. Że trzeba zająć się sobą. Że trzeba być miłym i uśmiechniętym. Niektórzy mówili, że wróci za dwa dni. Inni, że za dwa miesiące. Jeszcze inni, że za rok. Niektórzy oczywiście mówili, że nie wróci (głupki jakieś czy co). Najlepsze było, kiedy po południu Misio wpadł po swoje rzeczy. Akurat miałam ze cztery osoby na różnych czatach, i oczywiście zaczęły prześcigiwać się w dobrych radach pod tytułem: jak sie teraz zachować. Jedni wołali, żeby powiedzieć, że go nadal kocham. Inni mówili: unieść się dumą, i tylko się uśmiechać. Jeszcze inni: wyjść. A ja machnęłam ręką na to wszystko, podniosłam głowę i powiedziałam: wynieś śmieci, skoro już tu jesteś. A co.
Ale najważniejsze, co dzisiaj usłyszałam, to rady dotyczące komunikacji. Co mnie niepomiernie zdziwiło to to, że - na przekór stereotypom - głównym powodem zerwań nie jest osoba trzecia, znudzenie ani jakieś pomniejsze wady u partnera, kłopotliwe nawyki itp., a kłopoty w komunikacji. U wszystkich koleżanek, z którymi rozmawiałam o ich związkach, wszystkie relacje skończyły sie tak samo: kumulowanie problemów przez partnera i wyrzucanie ich z siebie jednym ciągiem, gdy już za późno na rozwiązywanie ich na spokojnie. Do dzisiaj naprawdę nie spodziewałam się, że ten problem jest aż tak powszechny. Mam mądrego przyjaciela, który powiedział, że rodzimy się z protezą samego siebie: takim dosyć płytkim "ja" obdarzonym podstawową wiedzą o sobie samym (chyba chodziło mu o coś typu: 'jestem nieśmiały', albo 'lubię pomidory, ale nie lubię gadatliwych ludzi'). Taka proteza wystacza do skończenia studiów, do nawiązania koleżeńskich relacji, do bycia duszą towarzystwa. Ale ona nigdy nie wystarczy do nawiązania głębokiej więzi z drugim człowiekiem: ani do związku, ani do prawdziwej przyjaźni. Na to potrzeba dogłębnej znajomości samego siebie, wiedzy, dlaczego jestem taki a nie inny, jakie są moje potrzeby na każdej płaszczyźnie życia, co jest dla mnie ważne i co lubię, ale też skąd mi się to wzięło. I ten obraz siebie samego można nabyć tylko pracując nad sobą samym latami i z mozołem, i niekoniecznie w ogóle wszyscy ludzie potrafią osiągnąć ten stan znajomości siebie, nawet jeśli są inteligentni. Na dodatek należy się tym obrazem dzielić z partnerem, zamiast tłamsić swoje przemyślenia. Przeżywać i iść dalej, a nie obciążać się problemami stopniowo, aż się człowiek w końcu utopi. Dlatego jedyny sensowny sposób to pracować nad tym prawdziwym sobą, może się udać, ale wcale nie musi.
No, i jeszcze raz potwierdza się, że komunikacja w związku jest sprawą pierwszorzędną. Michał też jest z tych zamkniętych i z niewypracowanym wglądem w siebie. Mimo wielokrotnych prób nakłonienia Go do zwierzeń na bieżąco, nie mówił mi wielu rzeczy, które wyjawił dopiero po podjęciu decyzji o wyprowadzce. Na przykład nagle okazało się, że irytuje Go, że wolę jadać obiady wspólnie, a nie osobno, bo często musi głodny czekać. Nie zdawałam sobie sprawy, że to taki problem, wystarczyło powiedzieć. To tylko taki przykład, a przykłady można by mnożyć.
No cóż, miejmy nadzieję, że chłopak podejmie wyzwanie i się rozwinie, zamiast na dobre zamknąć się w swojej skorupie. Ja tam w Niego nadal wierzę.
8.02.2013
Gdyby mi powiedziano dwa lata temu, że w nauce liczą się trendy, uwierzyłabym, w końcu to rynek jak każdy inny. Gdyby mi powiedziano, że panuje seksizm oraz kult ślepo posłusznego doktoranta, uwierzyłabym. Gdyby mi powiedziano, że ludzie często robią coś tylko dlatego, że mają na coś to pieniądze z konkretnego granta, a nie dlatego, że to jest ważne, też bym uwierzyła. Ale w jedno nie uwierzyłabym na pewno: że to wiara w nauce jest postawą, a nie wiedza. A tak właśnie jest, szczególnie w neuroscience.
Neuroscience to tygiel. Zlepek matematyków, psychologów, biologów, chemików, informatyków, inżynierów. Ludzki mózg jest tak skomplikowany, że na razie nic tak naprawdę o nim nie wiadomo. No dobra, są jakieś eksperymenty, wysyp publikacji każdego dnia, ale nie ma w tym jednego planu. A to dlatego, że każdy robi to, w co wierzy, a każdy wierzy w co innego. Ja na przykład, po spędzeniu 1.5 roku w tej działce, wierzę że wszystkie problemy z percepcją, ale też z nastrojem, są spowodowane złą komunikacją między częściami mózgu i kiepskim przetwarzaniem sygnałów, co z kolei spowodowane jest dysbalansem między koncentracją neurotransmiterów różnej maści. Ale nie każdy w to wierzy. Niektórzy nie przejmują się obliczeniami, które prowadzi mózg. Niektórzy inni uważają za to, że to, skąd się bierze nastrój, stanowi misterium, które prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyjaśnione, podobnie jak zagadnienia typu 'skąd się bierze wrażenie boskości'. No więc ci, którzy wierzą w świętość takich zjawisk jak osobowość czy poczucie szczęścia, nawet nie próbują doświadczalnie badać aktywności populacji neuronowych w poszukiwaniu wyjaśnienia dla powyższych, wolą pozostać na poziomie szukania substancji poprawiających stan chorych metodą prób i błędów i nie zadawać niewygodnych pytań typu: co robi mózg. Są i tacy, dla których wszelka dyskusja kończy się na genetyce, i dopóki nie pokażesz palcem genu, który jest odpowiedzialny za zjawisko, które badasz, lepiej sie w ogóle nie wychylać. Bywają i inni: fanatycy machine learning, dla których dopóki nie pokażesz analitycznie, że w zjawisku, które badasz, mózg przestaje się adaptacyjnie uczyć, przegrałeś. Problem zaczyna się wtedy, jak natrafisz na sceptyka Twojego podejścia jako recenzenta. I nie ma tłumaczenia, że masz swoje racje, i po prostu Twoja naukowa wiara nie pokrywa się z ichniejszą. Kolejna przeszkoda to wydawca, który czyta manuskrypt jako pierwszy. No i jak ten jajogłowy po drugiej stronie dojdzie do wniosku, że Twoje wypociny sie nie sprzedadzą i nikt nie będzie tego cytować, co też jest kwestią wiary, to też, że tak powiem, dupa zbita - recenzenci w ogóle tego nie zobaczą, manuskrypt ląduje w koszu od razu. Co prawda, coś takiego jeszcze mi się nie przytrafiło, ale jest szansa, bo piszę teraz artykuł, który pierwotnie miał być papierem typu review, czyli najbardziej bezpieczną formą aktywności naukowej (zebranie materiału z szerokiej literatury na dany temat, opracowanie i pokazanie w określonym kontekście), a koniec końców - a jakże - wychodzi z tego coś dość wizjonerskiego: artykuł po części przeglądowy, a po części proponujący nowe rozwiązania. Z tym że te rozwiązania nie muszą się każdemu podobać, jak wszystko w tej działce. Za dwa-trzy tygodnie wysyłam swoje wypociny do całkiem dobrze notowanego czasopisma, a co powiedzą recenzenci - to jakaś loteria. Logika, jakiej używam, i solidna argumentacja, nie ma tu nic do rzeczy, bo najważniejsze są ich prywatne wierzenia. A ja, od tego momentu, będę się mogła już tylko modlić. Apeluję o trzymanie kciuków, ktokolwiek to czyta.
Co jeszcze zauważyłam na temat nauki i naukowców to fakt, że wielu spośród nich to takie dorosłe dzieci. W sumie nic nowego, ale chodzi mi o to, że nawet ci, którzy są emocjonalnie dojrzali, myślą o życiu poważnie i czują się wewnętrznie bogaci, wciąż mają typowo dzecięce nawyki, z których często nie zdają sobie sprawy. Na przykład, u siebie mają typowo dziecięce kompulsje. Dzieci znane są z tego, że chcą, żeby im opowiadać tą samą bajkę do znudzenia, dopóki nie znają jej na pamięć, a wtedy, kiedy tylko przeczyta się nie tak jedno słowo, protestują że "nie tak było w książce". To samo widzę u siebie, na przyklad często, gdy coś piszę albo sobie programuję, puszczam w tle 'The Major Fraud', program BBC o Charlesie Ingramie, oszuście z brytyjskiej edycji Who Wants to Be a Millionaire. Widziałam to z pięćset razy, ale i tak nie przeszkadza mi to w oglądaniu znowu i znowu, chociaż znam już każde słowo na pamięć. Nie wiem dlaczego, ale ten kawałek to coś tak magicznego i znamiennego, że gdybym miała decydować o zawartości sondy kosmicznej, z której potencjalni kosmici mogliby poznać, czym jest rasa ludzka, nie wysłałabym płaczu dziecka ani hymnu USA a właśnie to. Widzę ten sam syndrom u wielu innych osób dookoła: kompulsywnie powtarzają te same ulubione czynności nie przejmując się tym, że nie uczą się niczego nowego. A przy tym, ogólnie rzecz biorąc, uczą się bardzo szybko, podobnie jak dzieci. Czy to nie paradoks? Bywają i inne typowo dziecięce numery; na przykład wiecznie poobijane kolana i łokcie, wieczna ciekawość i ruchliwość. W pracy na przykład siedzę na wielkiej piłce, i uparcie sobie podskakuję, bo nie mogę usiedzieć na krześle, i połowa mojego skrzydła, podobnie jak ja, wściekle kiwa się na piłkach. Prawdę mówiąc, jest to dość zabawny widok: hordy ludzi ujeżdżających ogromne gumowe piłki. Jeżdżąc do pracy też jestem dość nadaktywna - w tym tygodniu pędziłam rowerem przez miasto po lodzie (w Holandii zjawisko normalne), nagle siatka wkręciła mi się w koło i zrobiłam salto, zaplątana w słuchawki, lądując z twarzą na ziemi i nogami zaczepionymi o kierownicę. Rezultat: zbite kolano i łokieć, na szczęście na tym się skończyło. Niestety mam dość urazowy sposób bycia, i zdaje się, że w moim otoczeniu takie przypadki to nie wyjątek. Wataha dzieci, biegających dookoła w gorączce - takie ma się wrażenie, wchodząc do mojego korytarza.
Może nigdy nie mieliśmy wyboru… Może urodziliśmy się dla nauki, i nigdy nie odnaleźlibyśmy się w 'normalnej' robocie, w biznesie czy czymś takim, mimo tego że jesteśmy racjonalnymi i zdyscyplinowanymi ludźmi? Może nigdy nie mieliśmy wyboru? Chodzą mi czasem po głowie takie myśli, gdy zastanawiam się nad alternatywami w moim życiu. Może nie ma żadnej alternatywy…
1.02.2013
Kiedy mówię z uśmiechem przy automacie do kawy, że właśnie mnie wywalono z pracy, ludzie na wydziale na ogół myslą, że to jakiś żart. A przynajmniej, myślą tak dopóki nie zobaczą moich dłoni, z których już całkiem zdrapałam sobie skórę. Właściwie, zaczęłam już pracować w rękawiczkach, bo drapię się tak zapalczywie, że zdążyłam się nawet posunąć się dalej i pozbawić się skóry z ramion i karku. Na szczęście, przypływ siwizny i odpływ naskórka to w zasadzie jedyne, co się zmieniło od grudnia, w środku w zasadzie nic nie czuję. Trochę mnie to martwi, bo mam wrażenie, że jeszcze parę lat temu przeżywałam wszystko bardziej intensywnie - sukcesy, porażki, kontakty z ludźmi, niecodzienne zdarzenia. Teraz chyba dorastam i sprawia to, że na wszystko, od problemów w pracy, przez kłótnie w związku, problemy ze zdrowiem i dziennikarzy, aż po własny ślub, patrzę na spokojniej, żeby nie powiedzieć: chłodno. No cóż, chyba kompletnie się wypaliłam. Już nie chce mi się wokół nikogo skakać, jak gdzieś mnie nie chcą, idę gdzie indziej. Ale nie powiem, ze nie tęsknię za starą dobrą Natalką, która, że tak to kolokwialnie ujmę, jarała się byle czym. No cóż, dorosłość.
W związku z dorosłością spędziłam pół stycznia na próbach przekonania samej siebie do napisania papieru, do czego silnie nakłaniał mnie dotychczasowy szef. Nie muszę chyba tłumaczyć, że pisanie dzień i noc dla kogoś, kto właśnie mnie wylał, twierdząc, że nie mam widoków na pisanie papierów, to nie jest specjalnie motywująca sytuacja. Zwłaszcza jeśli szef przychodzi i mówi jaki ma być tytuł papieru, a potem dodaje, że „to już jest 50% roboty, teraz moja kolej”.
Nie wiem, co mi w życiu więcej krwi napsuło: duma czy depresja. No ale z depresją już, póki co, wygrałam, teraz czas na walkę z dumą. W sumie, żeby przyjęto do druku papier typu review, na ogół trzeba mieć wśród autorów jakieś względnie znane nazwisko. Jakby nie było, mój szef jeździł po postdocach po Stanach przez jakieś 15 lat, żeby dorobić się kontaktów, które teraz pozwolą komuś takiemu jak ja, kto nawet nie rozumie idei jeżdżenia gdziekolwiek dla nazwiska, napisać i przepchnąć papier w dobrym journalu. No więc jednak coś mu zawdzięczam, bo to on zmarnował sobie życie, a nie ja - efekt ten sam, papier w TINS.
W ten właśnie sposób staram sie przekonać siebie, że podawanie się szantażowi ma sens. Obiektywnie zyskuję papier, a unoszenie się dumą i dociekanie tak zwanej sprawiedliwości tylko pogorszyłoby sprawę.
Staram się też nie unosić dumą w tak zwanym domu, chociaż nieraz łapie mnie na to olbrzymia ochota. Dzisiaj na przykład, sprzątając pod szafką, natrafiłam na książkę o wymownym tytule 'Sexcode'. Podręcznik podrywu innymi słowy. No ładnie. Co prawda dedykacja sugeruje, że narzeczony dostał to dzieło w prezencie na osiemnastkę od jakiejś grupki koleżanek, pewnie w charakterze żartu, tym niemniej sam fakt, że nadal to trzyma, i to w najmroczniejszym kącie naszej norki, powouje pewien dyskomfort. Ale znowuż, przetrawiłam to jakoś i postanowiłam, zamiast się pieklić, czegoś się z tej książki nauczę. O tym następnym razem.
Poza tym, nic się nie dzieje, ogólnie mam spokojne czasy. Od paru lat corocznie w okolicach stycznia oglądam sobie pseudonaukowy, motywacyjny filmik o tytule 'The Secret', co ma w zamierzeniu nastawić mnie pozytywnie na cały rok. W tym roku zwróciłam uwagę na finansowy aspekt życia, o którym sporo w filmiku rozprawiają, i postanowiłam sobie wyobrażać, że spływa do mnie masa pieniędzy. Dwa tygodnie później nie wiadomo skąd przyszła mi pensja za styczeń… dwa i pół raza większa niż powinna była. Generalnie ten filmik gwałci prawa fizyki i cała poważną część mojego umysłu, ale to nie zmienia faktu, że pozytywne nastawienie do życia i spodziewanie się sukcesu raczej niż porażki to strategia, która - jakimiś tajemnymi ścieżkami - działa. Może komuś innemu też się przyda spróbować.
Z cyklu 'do polecenia', jest jeszcze 'Game of Thrones' w oryginalnej wersji. Kiedy porywałam się na to wyzwanie, przewidywałam, że słownictwo mnie zabije, a teraz czytanie GOT to moja ulubiona godzina w ciągu dnia. Słówek trochę jest, ale to nie odbiera przyjemności czytania, bo książka jest napisana w lekki, zręczny, nienadąsany sposób. Nakręca mnie oczywiście dodatkowo fakt, że kiedy doczytam do końca drugiego tomu, wyprzedzę w końcu niespiesznie kręcony serial, ale przede wszystkim fajnie jest na nowo odkrywać korzyści z czytania prozy, czego zaprzestałam w okolicach początków liceum i odtąd miałam do czynienia głównie z podręcznikami. Do polecenia zdecydowanie.
A na koniec troche radosnej twórczości. W ramach klepania papieru staję się powoli domorosłym GIMPowym artystą, i ostatnio w marihuanowym widzie stworzyłam na przykład to dzieło:

Jest to wizja szczęśliwości, stworzona z dopaminy i serotoniny. Ładna, nie? To w sumie też powrót do korzeni, bo jako dziecko zamierzałam zostać malarką. Do czasu, kiedy to zauważyłam, że nauka matematyki ma wiekszą stopę zwrotu.
4.01.2013
Ostatnie tygodnie były, nie powiem, ciężkie. Po prostu spróbuj wyobrazić sobie, że kończysz ciężkie studia, dużo cięższe niż większość studentów dookoła, po czym w wyniku kilkuletnich poszukiwań i po odrzuceniu kiku innych projektów finalnie decydujesz się na jeden wymarzony doktorat, opuszczasz swój kraj i ściągasz do siebie narzeczonego, a okazuje się, że to, na co się pisałeś/aś, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Na przykład, każe Ci się pisać bezsensowne papiery o ładnych równaniach i upychać je w prasie poświęconej neuroscience, tylko dlatego, że jakiś fizyk doszedł do wniosku, że w neuroscience jest łatwiej publikować i przebrał się w szaty neuronaukowca po to, żeby łatwiej opylać zupełnie abstrakcyjne idee rodem prosto z fizyki teoretycznej. Albo, ma się do Ciebie pretensje, że w wolnym czasie, zamiast leżeć plackiem, rozwijasz się, na przykład płacisz za siebie i jedziesz na konferencję, żeby zdobyć więcej informacji w działce, w której na co dzień jesteś odosobniony/a, albo wstępujesz do samorządu doktorantów, bo zamiast siedzieć i płakać nad losem samotnego obcokrajowca w ksenofobicznej Holandii, w aktywny sposób pozyskujesz znajomości, i to z pożytkiem dla innych. I co byś pożytecznego i rozwijającego nie zrobił/a, zawsze jest źle, bo jedyne, co się podoba szefowi, to jak się siedzi z nosem w komputerze, pracując koniecznie w pojedynkę, nie odzywając się do nikogo i realizując czyjeś, na domiar złego bzdurne, pomysły. Już w czasie szkół letnich, w lipcu i w sierpniu, widziałam, że jest mnóstwo ludzi, którzy - między innymi dzięki lepszemu i bardziej partnerskiemu kontaktowi z szefem - rozwijają się dużo lepiej, i już wtedy przyszło mi do głowy, że moja praca jest wysoce nieoptymalna. No ale wahałam się, co z tym zrobić, bo po pierwsze porzucony projekt doktorancki nie wygląda za dobrze w papierach, a po drugie, w Holandii panuje kryzys, płace są zamrożone od dwóch lat, czyli pensja po zmianie projektu by mi spadła, a na dodatek w wyniku radykalnych cięć w finansowaniu nauki, nowych siedzisk doktoranckich nie ma znowu tak wiele. Do tego dochodzi też fakt, że nie chciałam, żeby ucierpiało moje życie osobiste. Po pierwsze, narzeczony dopiero zaczął zadomawiać się w nowym kraju, i nie chciałam Go znowu ciągnąć ze sobą gdzieś dalej, a po drugie, nie trzeba być geniuszem, żeby policzyć, że zaczynając nowy doktorat w wieku lat 27 i kończąc w wieku lat około 31 (lub też 30, jeśli będę mieć wielkie szczęście do kolejnego szefa), będzie mi bardzo trudno znaleźć dla siebie stałą posadę przed zakończeniem okresu reprodukcyjnego, że tak to kolokwialnie określę. W neuroscience jest teraz natłok ludzi, przychodzi wiele osób z fizyki, biologii, chemii, psychologii, inżynierii, informatyki, ekonomii i tak dalej, i tak dalej, co zwiększa liczbę stanowisk doktoranckich i postdoców, ale nie ma większego wpływu na liczbę profesorów, przez co 'bottleneck effect' to silniejszy i silniejszy. Jeszcze parę lat temu wystarczył jeden dobry postdoc, żeby dostać stołek profesora, teraz to już nierealne, trzeba mieć 3-4 udane postdoce z rzędu. Jednym słowem, zaczynając tak późno, można się spokojnie bujać do czterdziestki, dlatego - mimo obiekcji - byłam raczej za tym, żeby dać sobie spokój z pretensjami do losu i dociągnąć jakoś ten doktorat do końca.
Aż tu nagle nastąpił krach w moich kalkulacjach: szef się na mnie wypiął. Po piętnastu miesiącach od początku studiów, przychodzi jedyny moment, w którym można pozbyć się doktoranta drogą nieprzedłużenia kontraktu, i to mniej więcej nastąpiło. Mówię 'mniej więcej', bo szef złamał przy tym prawo tyle razy, że gdybym poszła z tym problemem do odpowiednich instytucji, nie sądzę, że miałąbym jakiekolwiek problemy z odzyskaniem pieniędzy na resztę swojego projektu. Już sam fakt, że coś takiego nastąpiło bez ostrzeżeń, a argumenty były nieważne (na przykład argument, że pojechałam sobie bez pozwolenia na konferencję w wakacje, na co szef powiedział wcześniej 'ok' i nawet mam to na papierze, a od tamtego czasu nie zgłaszał żadnych zarzutów), jest sprzeczny z holenderskim prawem. Oczywiście, moja pierwsza reakcja była jedna: odwinąć się, pójść po swoje pieniądze i w spokoju skończyć doktorat, mając to szczęście, że od teraz nikt mi nie będzie dawał bzdurnych zadań. No ale z drugiej strony, oznaczałoby to ponad dwa i pół roku pracy w zupełnym odosobnieniu i bez pomocy, bo nauka jest, jak by nie było, oparta na relacjach z innymi i wątpię, żeby inni profesorowie ryzykowali wejście w konflikt z moim profesorem, pomagając mi w czymkolwiek, dając dane ze swoich eksperymentów i publikując razem ze mną. Nie miałabym też od kogo wziąć referencji na jakiekolwiek szkoły czy do następnej pracy. Jednym słowem, miałabym utrudniony dostęp do wiedzy i jeszcze gorsze schody potem.
Szybko zresztą znalazł się ratunek z opresji. Tak się składa, że mieszkam teraz w Nijmegen, mieścinie, w której znajduje się największy szpital w Holandii. I tak się składa, że w tym szpitalu mają wszystko, czego mi było potrzeba: optogenetykę, mikroskopy optyczne, szczury, myszy, i chorych na wszystkie schorzenia układu nerwowego, jakie można sobie wyobrazić. Mają też kupę danych doświadczalnych, których nikomu się nie chce - lub też których nikt nie potrafi - analizować, włącznie z bezcennymi bazami danych, w których znajdują się kwestionariusze wypełnione przez tysiące chorych na schizofrenię, autyzm, anhedonię, Parkinsona, OCD, ADHD i tak dalej, i tak dalej. Pierwotny plan był taki, żeby zrobić jakąś analizę czynnikową z tego, ale nikomu się nie chciało. Aż zapukałam ja i zapytałam grzecznie, czy nie ma dla mnie jakiejś roboty.
Efekt był taki, że w dwie godziny po rozpoczęciu poszukiwania pracy miałam już nową. To nie byłby żaden wyczyn, gdyby nie to, że mój obecny szef obrzucił mnie za plecami inwektywami przed przyszłym szefem, udowadniając wszem i wobec, że kłamał twierdząc, że nie przedłuża mi kontraktu dla mojego dobra i "żebym znalazła dla siebie coś odpowiedniego". No więc mimo prób utrudniania mi życia, niczego nie osiągnął. Uśmiechnęłam się na myśl, że kapitalizm zawędrował już tak daleko. Teraz w nauce jest jak na normalnym rynku pracy: jak Ci się nie podoba albo masz utarczki z szefem, a jesteś dobrym pracownikiem, natychmiast przejmie Cię konkurencja, i na dodatek jeszcze lepiej Ci zapłaci. Żadnych sentymentów.
Ponieważ zostały mi dwa miesiące kontraktu, mam jeszcze ostatnie mission impossible do wykonania: napisać artykuł z dotychczasowym szefem, ponieważ życzy tego on sobie (mimo że właśnie mnie zwonił, ale chyba wspominałam już, że osobnik ów ma kuriozalny tok myślenia), a nowy szef też chciałby wiedziec, jak się sprawdzam w trudnych warunkach. Ponieważ mój dotychczasowy szef, pisząc z kimś artykuł, nie robi nic (tylko udziela konsultacji przez godzinę raz w tygodniu), a mój przyszły szef naprawdę martwi się moim losem i wie na rzeczony temat więcej ode mnie, w praktyce ma to wyglądać tak, że mój przyszły szef napisze artykuł dla mojego dotychczasowego szefa, po to żeby ten dał mi święty spokój. W sumie, póki co wygląda więc na to, że nadchodzące tygodnie będą ciężkie, ale wyjdę z tego z jeszcze tłustszym CV i lepszą posadą.
To wszystko, o czym tu napisałam, działo się jeszcze przed świętami. Na święta pojechałam już z wizją nowej pracy w głowie. Miałam oczywiście odruch rzucania się na nowość, i kusiło mnie, żeby sobie poczytać i zabrać się już za ten artykuł, ale na szczęście dostałam grypy i musiałam o tym zapomnieć na parę dni. Po świętach też relaksowałam się na luzie. W tym czasie, chodząc po górach ze znajomymi z czasów studiów i spotykając się z dawno niewidzianymi znajomymi z liceum, nabrałam trochę dystansu do tego wszystkiego, dostrzegając, że jest cała masa alternatywnych sposób na życie. Podbudowała mnie zwłaszcza rozmowa z koleżanką z licealnej klasy, która skończyła filologię polską, a w tej chwili trudni się fotografią ślubną. Okazuje się, że z jednej i tej samej matematyczno-fizycznej klasy, oprócz nas dwóch, wyszły też na przykład instruktorka tanga, zawodowa interpretatorka snów, projektantka wnętrz i właścicielka spożywczaka. Może latem, kiedy przylecę na własny ślub, uda się spotkać w większym gronie, bo aż ciężko mi uwierzyć w niektóre z tych historii. Już w liceum zdałam sobie sprawę, że kręcę się wśród oryginałów, gdy na jednej z imprez kolega zabrał mnie do szopy na działce i z dumą zaprezentował kolekcję znaków drogowych, ale teraz, po latach, gdy większość z moich kolegów i koleżanek uprawia wolne i cokolwiek egzotyczne zawody, widzę, że się nie myliłam. Spotrzeżenie to przyniosło mi ulgę. Jest tyle alternatywnych dróg, po co więc przejmować się cały tym wyścigiem? Większość z tych ludzi żyje swoim spokojnym życiem, robią co lubią i są szczęśliwi.
Pomyślałam przez to, że dla mnie też jest jakaś alternatywa. Po doktoracie będę miała trochę wolnych środków, wystarczy na wkład własny w jakieś przedsięwzięcie typu spin-off, zasilane z Unii. Wcale nie muszę się męczyć w systemie, jeśli mi się on ostatecznie nie spodoba. W ogóle, nic nie muszę, ale to jest chyba wniosek z każdej mojej linii rozumowania :P Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
8.12.2012
Czy Wam też się zdarza przystanąć czasem w drodze w przyziemne, codziennie odwiedzane miejsca, i zastanowić się nad czasami, w których żyjecie? Mnie się zdarza. Czasami jestem tymi czasami przerażona. Matki, które zabijają swoje dzieci, hermafrodyci i inne kurioza stają się sławne i trendy tylko dlatego, że różnią się od reszty. Gwiazdy zarabiają na obnażaniu się i wpuszczaniu dziennikarzy do swoich domów. Największa partia opozycyjna w kraju, skupiająca ponad 30% elektoratu, twierdzi, że premier zabił prezydenta, a jej notowania nie spadają. Banki narodowe i inne instytucje mnożą elektroniczne pieniądze, a klasa średnio-niższa w tym samym zasie zasuwa coraz ciężej.
Innymi razy, jestem zachwycona. Tym, że młodzi ludzie jeżdżą po świecie, że narody się mieszają, że właściwie, o ile mówi się po angielsku, można się właściwie już z każdym dogadać, że panuje swoboda wypowiedzi, religii, poglądów. Że korzystając z internetu można się dowiedzieć właściwie wszystkiego, ugotować u siebie w domu narodowe danie z Peru albo nauczyć się, jak wiązać krawat na 200 sposobów, albo można paroma kliknięciami zamówić bilet do Afryki. Że dzisiejsza młodzież, pomimo niewątpliwego gadżeciarstwa, wybiera raczej 'być' niż 'mieć', i rozwija się, chodzi na kursy tańca i różnego rodzaju umiejętności, uprawia dziwne sporty, jeździ w dzikie miejsca, kwestionuje i na powrót odkrywa historię - swoją własną i innych narodów. Czuję czasem, że mogłabym zrobić dosłownie cokolwiek, a jedyne, co mnie ogranicza, to ile jest w stanie uciągnąć mój umysł. I przychodzi mi do głowy, że żaden dalszy postęp nie poprawi tej sytuacji, bo tyle jest w ludzi wolności, ile jest wolności w ich głowach. No dobrze, za sto lat może i będzie postęp w medycynie i więcej części wymiennych, ale czy wolałabym żyć w takich czasach? No nie wiem.
No więc czasem mam takie dni, i taki dzień miałam też dzisiaj, gdy śnieg leży na ulicach, słońce mozno praży z nieba, ludzie uśmiechnięci przechadzają się po starym mieście i kupują sobie nawzajem prezenty, a ja sobie dreptam w tym tłumie i czuję, że mi wszystko wolno, że tu jestem, bo chcę, że czuję się świetnie i w ogóle, że jestem częścią jakiegoś wspaniałego, globalnego społeczeństwa.
W pracy za to jest dziwnie, o tyle, że w nadchodzącą środę nadchodzi moja ewaluacja i oznacza to dla mnie albo wypad na zbity pysk, albo kontrakt na kolejne trzy lata oznaczający, że mogę w zasadzie pracowac nad czym chcę, byleby to było choć trochę publikowalne. Jakiś czas temu, z związku z brakiem sukcesów na pierwszym roku, szef dał mi w końcu wolną rękę na opracowanie własnego tematu, i, mimo że tym samym oznaczało to, że mam trzy lata na to samo, na co inni w Holandii mają lat cztery, ucieszyłam się, bo lepiej przez trzy lata robić coś, w co wierzy się w stu procentach, niż przez cztery lata robić coś, w co wierzy się praaaawie…
Jako że moje poszukiwania wymarzonego tematu oznaczały random walk po wszystkim, co ma związek z neuroscience, nie było łatwo. Zaczęłam czytać losowe artykuły w sieci. Niektórzy zajmują się architekturami sieci neuronowych i ich wpływem na zdolności obliczeniowe mózgu, inni próbują rozczytać mechanizmy produkcji obrazu przez umysł za pomocą kory wzrokowej, jeszcze inni badają tak metafizyczne tematy jak świadomość. Mnie osobiście najbardziej interesuje, dlaczego ludzie są między sobą tak różni. Tkanka nerwowa w zasadzie niewiele się różni pomiędzy nimi, objętość mózgu i własności komórek - podobnie. Kiedy zaprezentuje się dwóm osobom ten sam bodziec, na przykład pokaże im się cytrynę, najprowdopodobniej obie zobaczą cytrynę. Kiedy jednak na jedną osobę zamachnie się nożem, ucieknie, a inna osoba w tej samej sytuacji zaatakuje. Dlatego osobowość jest taka ciekawa - powoduje, że różni ludzie w obliczu tych samych bodźców prezentują skrajnie różne reakcje i postawy, pomimo bardzo podobnego systemu percepcyjnego.
Szczegónie interesujące wydało mi się, dlaczego jedni ludzie potrafią cieszyć się życiem, a inni, którzy są w identycznej sytuacji, nie potrafią. Często tym, którzy nie potrafią, towarzyszy MDD - major depressive disorder, w tej chwili czwarte co do częstości, a najprawdopodobniej jeszcze przed 2030 najczęstsze schorzenie na świecie. Pamiętam, jak zapadłam na MDD, kiedy miałam czternaście lat. Nagle wszystko przestało mnie cieszyć, chciało mi się głównie płakać. I tak też było, z grubsza i z niewielkimi przejaśnieniami, przez kolejne jedenaście lat. Zimni rodzice, brak sukcesów w liceum, samotność na studiach, niepewność siebie, wyimaginowana nadwaga, brak planów po studiach - było tysiąc powodów, dla których czułam się nieszczęśliwa przez cały ten czas, a prawdziwy powód był tylko jeden: MDD. Potwór przyszedł, potwór odszedł. Pewnego dnia po prostu zniknął, i wstałam rano bez pretensji do świata i do samej siebie. Jak dotąd, potwór nie wrócił, a ja sama czuję się, jakbym obudziła się z długiego i złego snu.
No i pomyślałam sobie, że potwór może i zaatakował miliony ludzi na tym świecie, ale tym razem to już przesadził i zadarł z niewłaściwą osobą. I że zaraz to rozpracuję, bo niczego bardziej nie chcę, niż ukręcić temu zwierzęciu łeb. Wiadomo, że ma związek z neuroprzekaźnikami, dopaminą, serotoniną, acetylocholiną i adrenaliną, ale leczenie jest trudne, bo depresję może wywołać nadmiar bądź niedobór dowolnej z tych substancji, a obserwowalne efekty są identyczne i ciężko stwierdzić, który lek podać. Pamiętam, jak w wieku szesnastu lat dostałam nietrafiony lek - o mało się nie zabiłam. No i tutaj jest właśnie miejsce na moją interwencję: ktoś musi rozpracować, jakie sieci się aktywują przy generowaniu depresji z tych neuroprzekaźników, i jak 'z zewnątrz' poznać, który z nich się w danym przypadku pobudził, na przykład poprzez mierzenie aktywności kory przedczołowej. I mam w ten sposób bardzo dobry projekt: jasno określony cel, i bardzo przy tym egoistyczny. Ludzie bywają egoistyczni, i ja też. Nie mogłabym pracować nad chorobą, która mnie nie obchodzi, a ta obchodzi mnie jak najbardziej, i gdyby ta choroba była żywą istotą, zabiłabym gołymi rękami. To jest znakomity powód, żeby co rano wyskakiwać z łóżka o siódmej i jechać rowerem w zawieruchę, a potem tkwić wrośniętym w komputer przez większość dnia. Mam nadzieję, że szef też tą motywację doceni.
25.11.2012
Ostatnie dwa tygodnie były dziwne. W poniedziałek, 12.11., przydreptałam jak zwykle do pracy i okazało się, że napisała do mnie pani z biura prasowego Radboud, która znalazła w sieci mój nowy artykuł, i to nawet zanim ja sama go znalazłam. Pisałam go z matematykami z MIMu jako rozszerzenie mojej pracy magisterskiej, a że proces revision się ciągnął, i przez ostatni rok przetoczyliśmy się przez dwa różne periodyki i ogółem pewnie z pięć czy nawet siedem rund poprawek, większość wysiłku w ten p apier włożyłam będąc już na mojej obecnej uczelni. W związku z tym, moja afiliacja, jako pierwszego autora, figuruje jako Radboud, a pani z biura prasowego podnieciła się chwytliwym tytułem i nalegała, aby sporządzić notkę prasową i umieścić ją w sieci. Holendrzy, trzeba przyznać, są dość efektywni w dystrybuowaniu informacji, na przykład każdy uniwersytet ma swoje biuro, który opisuje co bardziej ciekawe artykuły i postuje online na specjalnych portalach, które służą dziennikarzom do pozyskiwania naukowych newsów, jak www.alphagalileo.org. Pani z biura przyszła do mnie osobiście i odpytała mnie z artykułu, po czym przysłała mi materiał do konsultacji, a następnie, po moim niezgrabnych poprawkach zrobionych na kolanie i zanim jeszcze ujrzałam ostateczną wersję, w czwartek po południu notka ukazała się w sieci. Ku mojemu przerażeniu, pani dziennikarz pominęła w tekście wzmiankę o moim wspaniałych współautorach z UW, ale miałam nadzieję, że wystarczy to, że wymienieni są jako autorzy w publikacji. Niestety, większość dziennikarzy podchwyciła jedynie moje nazwisko, za co było mi na tyle łyso, że dopilnowałam, żeby w Polsce, w notce, która poszła z UW do PAPu, wspomniano przede wszystkim o moich współautorach. No i mam szczerą nadzieję, że w PL cały splendor spadnie na nich, skoro w Holandii wszystko spadło mi na głowę, czy tego chciałam, czy nie.
No a później… No cóż, dostałam sporo telefonów i maili, a potem poszło… Parę wywiadów radiowych, które musiał odbyć za mnie mój szef, bo chcieli po holendersku, no i dziesiątki artykułów w prasie. Googlając swoje nazwisko, jak dotąd znalazłam między innymi:
http://www.alphagalileo.org/ViewItem.aspx?ItemId=125990&CultureCode=en
http://www.nieuwsblad.be/article/detail.aspx?articleid=DMF20121120_00374899
http://www.standaard.be/artikel/detail.aspx?artikelid=DMF20121120_00374899
http://www.telegraaf.nl/vrouw/21095869/___Zoek_de_ideale_sinus___.html
http://www.dutchnews.nl/news/archives/2012/11/mathematical_model_unravels_se.php
http://www.volkskrant.nl/vk/nl/2672/Wetenschap-Gezondheid/article/detail/3351909/2012/11/22/Wiskundigen-komen-met-model-voor-de-liefde-niet-te-snel-gaan.dhtml#.UK3zOFhh99M.facebook
http://beforeitsnews.com/strange/2012/11/neuroinformaticians-provide-model-for-love-affair-dynamics-looks-like-a-sinus-wave-2445414.html
http://www.hln.be/hln/nl/35/Seks-Relaties/article/detail/1536918/2012/11/20/Wiskundig-model-voorspelt-slaagkans-relatie.dhtml
http://nanopatentsandinnovations.blogspot.com/2012/11/neuroinformaticians-provide-model-for.html
http://www.e-holandia.info/zycie-w-holandii/3871-naukowcy-z-nijmegen-odkryli-sekret-udanego-zwizku
http://healthmad.com/mental-health/mathematical-model-to-predict-a-relationships-chance-of-success/
http://www.science20.com/science_20/counseling_math_why_your_relationship_sine_wave-96514
http://torontosnumber1datedoctor.com/blog/dont-react-too-fast-or-take-too-long-to-respond/
http://www.expatica.com/nl/news/news_focus/Mathematical-model-unravels-secret-of-a-succesful-relationship_251161.html
http://www.ad.nl/ad/nl/1003/You/article/detail/3350920/2012/11/20/Wiskundig-model-voorspelt-slaagkans-relatie.dhtml
http://www.goedgevoel.be/gg/nl/10/Seks-en-Relaties/article/detail/1536918/2012/11/20/Wiskundig-model-voorspelt-slaagkans-relatie.dhtml
http://www.knack.be/nieuws/wetenschap/relaties-zijn-als-wiskundige-modellen/article-4000210774159.htm
http://www.rtl.nl/components/actueel/rtlnieuws/2012/11_november/22/gezondheid/Wiskundige_komt_met_formule_voor_de_liefde.xml
http://www.radio-suriname.nl/wiskundig-model-voorspelt-slaagkans-relatie/
http://relatie.blog.nl/partnerschap/2012/11/21/wiskundige-berekening-voor-ideale-relatie
http://www.singlessite.nl/relaties-zijn-net-als-wiskundige-modellen/12415
…z czego niektóre, jak volkskrant.nl, są poważnymi czasopismami, a inne to zwykłe blogi. Nieźle i tak… Zabawne, jak przy tym różnie można interpretowć tą samą informację - raz jest umieszczana jako poważne odkrycie, zaraz obok newsów z Hubble'a czy jakichś nowości z biochemii, a gdzie indziej w dziale 'dziwne', zaraz obok newsa o śmierci człowieka-kota. Zabawne jest też to uczucie jak piszą o czymś, co się zrobiło, w sumie głównie z ciekawości, a pod tekstem jest ponad 17,000 lików na facebooku.
Tym niemniej warto mieć dobre kontakty z prasą. Na każej uczelni powinno być biuro prasowe, i należy o tym pamiętać, gdy wydaje się jakiś artykuł, zwłaszcza nietypowy. Mam teraz ten komfort psychiczny, że moje dokonania w neuroscience jeszcze nie nadają się do druku, a już biuro prasowe i parę gazet czeka na wyniki, bo podobała im się współpraca ze mną. Miłe uczucie, serio; świadomość że media czekają i trochę pogada się o wynikach z fajnymi, nieznerdziałymi ludźmi, zmniejsza nieco ból życia związany z monotonną, siedzącą pracą, jaką jest gmeranie w mózgu. Polecam.
11.11.2012
Święto Niepodległości w Polsce. Jako że mam w zwyczaju oglądać sobie Fakty i Fakty po Faktach online, udzieliło mi się oczywiście zamieszanie wokół wypowiedzi prof. Brzezińskiego. Jako pierwszy odważył się w przestrzeni publiczej powiedzieć to, co miliony Polaków mówią na co dzień: aby twierdzić, jakoby rząd Polski wspólnie z Rosjanami dopuścił się zamachu na prezydencie i 95 innych osobach, trzeba mieć nie po kolei w głowie. Niewiarygodne, że należało aż tak długo czekać na ten akt odwagi, bo psychoza w polityce i mediach trwa od dawna. Dobre i to. Chciałabym moc powiedzieć tu, gdzie mieszkam, z czego jestem dumna w swoim kraju, ale póki co mój kraj to cyrk na kółkach, w którym najlepsze są przyroda i muzyka rockowa, a ludzka mentalność, no cóż…
Ostatnio przeczytałam wywiad z Noamem Chomskim, który jest w tej chwili wedle wszelkich rankingów największym autorytetem w nauce. Co ciekawe, pan Chomsky nie jest przy tym fizykiem, biologiem ani filozofem, ale przede wszystkim lingwistą. Zasłynął z kilku opiniotwórczych wypowiedzi, na przykład ukuł termin 'kognitywistyka' i był jednym z pierwszych, którzy tę kognitywistykę studiowali. Ale najlepiej społeczeństwo pamięta mu krytykę Artificial Inteligence. Na pierwszy rzut oka, ktoś, kto kłóci się z jej sensem, wydaje się wariatem, w końcu uczenie maszynowe jest często jedynym sensownym sposobem, aby wypracować algorytm rozwiązywania jakiegoś zadaniam, więc skąd ta krytyka? Po przeczytaniu, co Chomsky ma do powiedzenia, doszłam jednak do wniosku, że ma sporo racji. A to dlatego, że nie krytykuje on AI jako takiej, tylko uczula, że nie należy ją ślepo stosować do wszystkiego, włącznie z próbami odpowiedzi na pytanie, co robi mózg, za pomocą ładowania ogromnej ilości danych doświadczalnych i pozwalania na swobodne szukanie zależności w tych danych, bez żadnego zrozumienia dla ich struktury. Jednym słowem, uczula na programowanie bez myślenia, to wszystko. I jest to generalnie spory problem teraz. Na przykład, przerzuca się ogromne ilości danych w genetyce, koreluje się geny z określonym fenotypem, starając się odkryć statystycznie, który gen koduje co. Ale jak wygląda proces kodowania, i na czym polega całe misterium oddziaływania małej części DNA w jądrach komórek na cały organizm, pozostaje zagadką, i właściwie zagadka ta tonie w zupie mniej ważnych pytań, jak na przykład ktore geny kodują wzrost, a które kolor skóry, a które płaskostopie, a które jeszcze nie wiadomo co. W neuroscience jest jeszcze gorzej, bo nie ma nawet takiej jednostki jak gen, i nie wiadomo dokładnie, jakie kategorie przyjąć, prawdopodobnie jeden neuron jest podstawą działania mózgu, ale nie jest to takie proste jak się wydaje. I co te neurony robią, co właściwie liczą - jest wysoce dyskusyjne, i usiłowanie nauczyć sztucznej sieci czegokolwiek za pomocą sztywno narzuconych reguł może i jest przydatne w inżynierii, ale z punktu nauki jako poszerzania obszaru ludzkiej wiedzy - kompletnie bez sensu.
Poza tym, polecono mi niedawno około 70-stronicowe opracowanie pod tytułem "Advice to a young scientist", autorstwa noblisty z dziedziny biologii, Medawara. Jest to rozprawka na temat: jak się poruszać w naukowym świecie jako żółtodziób, jak stawiać sobie pytania, jak współpracować, i jakie błędy popełnia większość młodych ludzi pragnących zostać naukowcami. Moim zdaniem warto. Kilka razy autorowi udało się mnie potężnie zaskoczyć, na przykład gdy podkreślał, że należy na tyle uprzykrzać się wspólpracownikom, zarzucając ich lawiną pytań, aż nie będzie im się opłacać nie odpowiadanie. Myślałąm, że w pracy przede wszystkim należy być miłym i grzecznym, i przejąć się, gdy ktoś nie chce z Tobą gadać. Dobrzewiedzieć, że niekoniecznie tak jest. Zamiast tego, warto być nieznośnym i upartym. Wprowadziłam do użytku, działa.
24.10.2012
Pierwszy raz na konferencji SfN w Nowym Orleanie. Najiwększa konferencj w neuroscience na śweicie, ponad 28,500 uczestników, setki sympozjów i wykładów, sesje posterowe zajmujące w sumie powierzchnię ponad dziesięciu boisk piłkarskich. Ale co to dla starej wyjazadczki, która przeżyła cztery Woodstocki, czułam się tam jak w domu, albo raczej jak na gigantycznym placu zabaw, ani trochę nie znużona tym zgiełkiem i hukiem dookoła.
Trzeba przyznać, że wyjazd był dość relaksacyjny, bo tym razem nie prezentowałam niczego, więc nie musiałam się tym stresować, natomiast jechałam na własny koszt, więc musiałam był tak ekonomiczna jak to tylko możliwe. Koniec końców, jako że przelot do USA miałam za darmo z racji matki pracującej w Stanach, oraz że przesiedziałam 5h na lotnisku w Atlancie dobrowolnie, za co otrzymałam 600 dolców, podczas gdy na rejestrację na konferencję wydałam 160$, na noclegi 400$, a taksówki 35$, suma sumarum zarobiłam na tym wyjeździe 5$. Mogę więc powiedzieć, że misja zostałą wykonana wzorowo.
Powiem też, że zaskoczyłam sama siebie na plus, to jest wyzbyłam się tego paskudnego podejścia ze szkół letnich, kiedy to, pewnie w wyniku starcia z grupą rówieśniczą, porównywałam się do innych, często nadmiernie. Teraz jakoś z większym luzem akceptowałam fakt, że z wielu posterów nie mogłam zrozumieć ani jednego zdania, do tego stopnia były najeżone jakąś biochemią. Poszukałam kluczowych nazwisk w temacie mnie interesującym, i tych nazwisk szukałam na konferencji, ale przeznaczyłam też trochę czasu na 'random walk', i nie dziwię się jakoś, że najciekawszych ludzi poznałam właśnie w czasie tego swobodnego marszu. Zupełnie niespodziewane dane od zupełnie niespodziewanych ludzi. Chłonęłam jak gąbka.
Poza tym, środowisko computational neuroscience jest malutkie, wiedziałam o tym wcześniej, ale nie byłam świadoma, że aż tak malutkie. Kiedy dostałam zaproszenie na social pewnego wieczora w hotelu Hilton i przeczytałam, że wynajęto jedną salę, myślałam, że ktoś sobie żartuje, ale istotnie pomieściliśmy się - zjawiło się może 200-300 osób. Więcej ludzi było nawet w klubie młośników serotoniny. Poczułam się elitarnie, w końcu jest to środowisko ludzi zajmujących się mózgiem, którzy potrafią liczyć, i znam osobiście mnóstwo takich, którzy poczuwają się do bycia computational mimo że są czystymi doświadczalnikami, a odwrotnie - nikogo. W sumie fajnie, że jest tych ludzi ogółem na świecie parę tysięcy, w ten sposób można znać osobiście pewien procent środowiska, zamiast czuć się jak anonimowa kropla w morzu. Ale trzeba też uważać, bo w tej wiosce wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.
No… a teraz trzeba to jakoś wszystko poskładać w jedną logiczną całość, czego się tam w USA dowiedziałam, napisać te sieci i jazda. Dobrze, że w takich momentach można liczyć na narzeczonego i przyjaciół, którzy programują lepiej ode mnie :)
2.10.2012
Miesiąc później. Nie zauważyłam przez ten czas, żeby czas płynął, bo musiałam tyle rzeczy na raz ratować, że nie myślałam na dalej jak 24 godziny do przodu. Teraz, z perspektywy, fakt że jeszcze dwa lata temu mogłam sobie pozwolić na luksus nie robienia w zasadzie niczego przez dwa tygodnie po obronie dyplomu z matematyki brzmi jak bajka. A wtedy myślałam, że to jest krótko.
Otóż, nauczyłam się ostatnio kilku bolesnych rzeczy. Po pierwsze primo, nie każdy szef traktuje wyjazd na ciężki obóz szkoleniowy, jakim jest prestiżowa szkoła letnia na którą student sam zdobył grant, jako sukces i godną podziwu inicjatywę studenta. Niestety, są szefowie którzy traktują to jako ucieczkę od pracy. Po drugie primo, co z tego że doktorant ma ustawowe 43 czy koło tego dni urlopu w roku skoro za branie tego urlopu celem pisania magisterki jest się krytykowanym, a nawet grozi ci zwolnienie. I na dodatek groźbami raczy się Ciebie w najgorszym momencie, w którym do obrony zostało parę tygodni, i masz nieprzekraczalny termin powyżej którego zostają wprowadzone nowe zasady obron w praktyce uniemożliwiające Ci sfinalizowanie sprawy. Dla mnie ostatnim możliwym dniem był ostatni dzień roboczy września, czyli 28., i oczywiście wtedy właśnie wyznaczyłam sobie obronę. Po trzecie primo, każdy, kto nawala, stara się zwalić cała winę na Ciebie. Mój opiekun na fizyce był fajny, ale wcale nie tak dyspozycyjny jak powinien być, biorąc na siebie tony magistrantów, a jak przyszło co do czego, obarczył mnie całą winą za niedopracowanie pracy i obniżył mi ocenę tak, że sam dziekan na obronie przecierał oczy ze zdumienia. To samo w pracy, szefowie przez cały pierwszy rok nie dawali popisu i wciskali mi same bezsensowne tematy na siłę, a teraz trwa nagonka na mnie, dlaczego na dwa miesiące przed ewaluacją nie mam jeszcze sensownych wyników. I jak tu się bronić, do kogo iść… Tak też wrzesień to był istny horror, nie przymierzając. I cieszę się, że chociaż obronę mam za sobą. Nie wiem, co by było, gdyby nie mój wspaniały mężczyzna, który mało że w trudnych chwilach wziął na siebie gotowanie, to jeszcze dzielnie douczał mnie do egzaminu. Wspaniały człowiek. Tańce też pomogły, jako że zmusiłam się w końcu, żeby zapisać się i regularnie chodzić na kurs salsy, a to bardzo rozluźnia, trzeba przyznać. Tańce na stres - jak najbardziej.
I jak się czuje człowiek, który ostatecznie przeciął pępowinę łączącą go ze studiami? Po tylu latach, nie przymierzając trochę zbyt wielu? Mogę tylko otrzepać ręce i zabrać się za następne wyzwania, bo przede mną ciężkie wyzwania. Psychicznie jest chyba nawet ciężej niż przedtem, przed szkołami letnimi, bo pewnych rzeczy może lepiej po prostu nie wiedzieć. Na przykład teraz widzę, jak bardzo mało stymulujące jest moje środowisko, i kiedy walczę o swój projekt, nie wiem do końca, o co walczę, bo o wiele szybciej mogłabym się uczyć w jakimś innym labie, w którym doktorantowi oferuje się coś więcej niż tylko high level advice raz na tydzień i ponadto czterdzieści godzin siedzenia twarzą w twarz z komputerem w ciszy i skupieniu. Nie ma życia wokół i to odbija się na systematycznym spadku poziomu entuzjazmu każdego dnia - przychodzi się rano uśmiechniętym i energicznym, a wychodzi się po południu skapciałym i osowiałym do reszty. Oczywiście są też dobre strony ciszy i spokoju, no ale jednak… Chciałabym mieć projekt w kooperacji z kimś, a jestem sama jedna, i na dodatek zniechęcana do pukania do innych drzwi z prośbą o pomoc (profesorskie "potem, potem"), i póki co się to nie zmienia nic a nic. O frustrację aż się prosi. Póki nie widziałam różnicy pomiędzy holenderskimi studentami a niemieckimi czy brytyjskimi, którzy nie są aż tak bardzo nastawieni na publikowanie na ilość jak Holendrzy, ale za to mają dużo projektów zespołowych jako studenci, wyglądało to nieźle, a teraz widzę też wady holenderskiego systemu. I trochę się czuję tym wszystkim, kolokwialnie mówiąc, skołowana, bo nie wiem, o co mam właściwie zabiegać. Wypruwać sobie flaki dla kogoś, kogo w ogóle nie interesuję jako osoba, z moimi zainteresowaniami, ambicjami, pomysłami, i w systemie, w którym siedzę w czterech ścianach jak sardynka w konserwie, czy sobie dać spokój i próbować swoich sił gdzie indziej, tym razem już z o wiele wyższą świadomością tego, co to jest computational neuroscience, co mnie interesuje, w czym mogłabym się spełnić i jak system w danym kraju wpływa na indywidualne postępy w umiejętności rozwiązywania problemów. Jedno tylko co mnie martwi to że nie mogę przecież zawieść mojego narzeczonego, który za mną tu przyjechał, i ciągać Go po świecie nie wiadomo dokąd. Już i tak dał popis mobilności daleko większy niż po swoim facecie oczekiwałam.
Ech, dorosłe życie nie jest łatwe. Nie chcę nawet myśleć, co będzie, jak się już człowiek na dobre ustatkuje, bo wtedy obowiązki już tylko się mnożą, i to nieodwracalnie. Na razie nie potrafię własnego życia pozbierać do kupy, nie mówiąc o kilku kolejnych.
Co jeszcze… Ostatnio wszedł do kin głośny film, 'Jesteś bogiem'. Tak się składa, że kiedy leciałam na obronę, lądowałam w Katowicach i w drodze spędziłam noc w mieszkaniu w Bogucicach, w którym się wychowywałam. Tak ze dwie ulice od bloku, w którym na dziewiątym piętrze, w pokoju niejakiego Magika, powstawał materiał niejakiej Paktofoniki. W tym mieście, a już tym bardziej na tym osiedlu czas się zatrzymał. Kiedy idzie się tamtędy o dziesiątej wieczór, wokół nie ma żywego ducha, i można tak iść przez dwa kilometry i nie natknąć się zupełnie na nikogo. Już tylko starsi ludzie i dresy zostali w tych stronach, reszta wyniosła się za pracą i studiami. Scenografowie fimu też nie musieli się za bardzo napracować, żeby oddać klimat przełomu wieków, wystarczyło zasłonić kilka znaków Żabki i paru innych lokalnych sklepów, które nawyrastały ostatnio. Cała reszta krajobrazu nie zmieniła się ani trochę.
Po obronie poszliśmy dla relaksu na ten film. To dość dziwne uczucie, kiedy cała sala kinowa pochlipuje i załamuje ręce nad losem bohaterów, którzy są tacy biedni godni współczucia, że mieszkają w takim slumsie. Który to slums jest Twoim naturalnym środowiskiem, w którym od małego nie widziało się niczego dziwnego, bo się człowiek w tym środowisku po prostu wychował. I kiedy cała sala kinowa przejmuje się losem młodego chłopaka, który nie potrafi poradzić sobie z życiem i z przemianą ustrojową, i kiedy publika jest wstrząśnięta śmiercią na ekranie. Ból i bieda, jakie to normalne, a wręcz oczywiste było w tych stronach. Za czasów podstawówki, pamiętam dobrze, nie było roku szkolnego, żebyśmy nie szli na pogrzeb jakiegoś dzieciaka z naszej szkoły. Pewnego razu była to moja najlepsza przyjaciółka, zgwałcona i zamordowana podczas przerwy letniej. Miałam wtedy dziewięć lat. Ostatniego dnia przed wakacjami siedziałam w ławce z kimś, pierwszego dnia po wakacjach siedziałam już sama - tak mniej więcej odebrałam tą zmianę w swoim życiu. I tyle.
To takie dziwne, kiedy widzi się, jak Twoja rzeczywistość staje się legendą, jak nagle miliony ludzi zaczynają chodzić do kin na film o Twojej lokalnej kulturze, interesować się Twoimi poglądami, zapodawać muzykę z Twoich stron, a zarazem propagować Twój styl bycia. W Ślązakach jest sporo prostoty czasem przechodzącej w naiwność, ale też twardości i uporu, i to chyba widać w filmie. No, w każdym razie jestem z tego pochodzenia bardzo dumna.
31.08.2012
Wróciłam z dalekich wojaży i muszę powiedzieć, że podróże kształcą, i wbrew oczekiwaniom im się jest starszym, tym się więcej z nich wynosi. Przede wszystkim, czuję, że od dawna mi na niczym tak nie zależało jak teraz na neuroscience. To nie jest porównywalne uczucie z uzależnieniem od ludzi, to nie to, ale jest to pewna forma uzależnienia. Kiedy widzisz rysunek neuronu i czujesz namacalnie, jak serotonina skacze Ci w górę albo siedzisz na wykładzie o neuronalnych podłożach percepcji i czujesz się tak, jakbyś siedział na ultrazajebistym filmie, z tą jedynie różnicą, że wśliznąłeś się na salę za darmo. I jeszcze ci ludzie… wspaniali! Jako że większość neuronaukowców przyszła z innych dziedzin, przekwalifikowując się z fizyki, informatyki, inżynierii, biologii, psychologii, biochemii i czego tam jeszcze, i charakteryzuje się otwartością na wiedzę, ludzi i inne kultury, nie dziwi fakt, że każde spotkanie neuroscience w większym gronie jest świętem filozofii, wiedzy, kultury, ale też zabawy i szaleństwa. Zadziwiło mnie to, jak wielu studentów i członków faculty dobrze tańczy, gra w siatkę czy choćby opowiada dowcipy. Właściwie to wszyscy. To, że rankiem mają prezentację końcową na szkole letniej nie przeszkadza im na przykład w tym, żeby w poprzedzającą noc o północy spotkać się na zapuszczoym zamku i odbyć lekcję breakdance'u. Uwielbiam takich ludzi i taki klimat.
To nie było jedyne co zauważyłam. Zauważyłam też ż faculty, to jest nasi nauczyciele na szkołach, wcale nie są takimi perfekcjonistami jak należałoby ich posądzać, wiele w swoich publikacjach przemilczają lub ugładzają, byle tylko opublikować, bo ich dewiza to, zdaje się, przede wszystkim 'publikuj i baw się dobrze' a nie 'pracuj i odkrywaj'. W ogóle, odnalazłam w ich myśleniu sporo podobieństw do swojego własnego myślenia, co jest dość optymistyczne. Słuchając wywodów filozoficznych na temat życia i pracy ze strony tych, którzy naprawdę odnieśli sukces, mogę powiedzieć, że mam bardzo zbliżone myślenie. To jest, dużo humanizmu, empatii, inspirujących ludzi, czegoś, co jest ogólnie znane pod nazwą mindfulness, podążania swoją własną krętą drogą, filozofii, a niewiele bicia się i rozpychania łokciami, przywiązywania wagi do szczegółów, rozprawiania nad tym, kto jest mądry, a kto nie, rankingów i matematyki bez pokrycia. Styl myślenia, który spotkałam tam, na szkołach, jest, mogę powiedzieć z całą pewnością, dużo bliższy mojemu myśleniu niż w moim codziennym otoczeniu.
Co ciekawe, wielu spośród tych "wielkich", co to ich poznałam w podróży, było buddystami i wegetarianami, i odniosłam wrażenie, że ulepiono mnie z tej samej gliny, bo od kiedy zaczęłam samodzielnie myśleć, czyli od wieku może 14 lat, zmierzałam w tą stronę, niestety niewrażliwemu otoczeniu udało się mnie usadzić i zrezygnowałam z tego trybu życia w okolicy połowy studiów. A teraz założyłam ręce i postanowiłam twardo, że skoro, poniekąd, urodziłam się buddystką i wegetarianką, to tak będzie i koniec. Zaraz po powrocie do Holandii znalazłam więc najbliższe centrum medytacji i wybieram się tam jutro.
Podczas podrózy spotkałam też wielu studentów, który są niewiele starsi ode mnie, w zaawansowanej fazie doktoratu, ale którzy mają o wiele lepszy system rozwiązywania problemów, generyczny i niezależny od tematu, po prostu są w stanie zdebuggować każdy kod i odpowiedzieć na każde pytanie, szukając odpowiedzi w sposób systematyczny. Podziwiam ich, ale nie chcę, by było to tępe podziwianie, chciałabym być tak samo uczona. Zaczęłam już teraz - więcej dyskutuję ze studentami, pytam i staram się podpatrzeć sposób myślenia, współpracować. Czuję, że rozpoczęła się wielka przygoda, i że warto się wysilić, żeby nie dać się efektowi bottleneck*
A sam kraj, jakim są Chiny… Stacjonowałam na Tsinghua University, najlepszej uczelni w Chinach, więc pewnie nie mam obiektywnej opinii. Chińczycy byli otwarci, mówili jako tako po angielsku, lato w Chinach było piękne; nie zobaczylam co prawda za wiele, jedynie Mur Chiński, parę pubów w centrum miasta i Summer Palace, ale podobało mi się bardzo, pewnie wrócę tam jeszcze w ramach jakiejś podróży jako turystka. A w Polsce siedziałam przez miesiąc w Będlewie pod Poznaniem, wyglądało to trochę jak obóz, bo trzymali nas w ośrodku leżącym we wsi gdzie diabeł mówi dobranoc, i nie było tam do roboty dosłownie nic poza neuroscience. To miało swoje uroki, na przykład krajobraz Wielkopolski, monotonny acz uroczy, taki jakie pamiętam z nudnego i nostalgicznego dzieciństwa, spędzanego w dużej części w Bieszczadach.
Muszę też przyznać, że szkoła w Chinach była bardziej intensywna, i przyniosło to nieoczekiwane konsekwencje, na przykład większą liczbę wspólnych wyzwań, które zaowocowały większą liczbą zawiązanych przyjaźni pomimo krószego czasu i zdecydowanie mniejszej ilości czasu wolnego. Na przykład, w parę osób wykupiliśmy wycieczkę nocą na mur chiński na dyskotekę, ale cztery autokary młodych napalonych ludzi z plecakami pełnymi alkoholu, który wybierali się w to miejsce, zatrzymał… najostrzejszy deszcz od 60 lat. Po dwóch godzinach spędzonych w autokarze musieliśmy zawrócić, i pojechaliśmy z powrotem na miasto, po czym brodziliśmy po ulicach Pekinu po kolana w wodzie, tańczyliśmy cali mokrzy w przypadkowych klubach i ostatkiem sił pakowaliśmy się do taksówek do "domu". Takie rzeczy wiążą ludzi…
Muszę też przyznać, że chroniczny brak snu potrafi wykończyć… Tak poważnie traktowałam obowiązki, i tak dużo się socjalizowałam jednocześnie, że w połowie drugiej szkoły, w Będlewie, wylądowałam w szpitalu z poważną infekcją, w wyniku czego nafaszerowano mnie porcją antybiotyków jak dla konia. Zdarzyło mi się też, że straciłam głos na tydzień i nie mogłam wydusić słowa, porozumiewałam się więc z otoczeniem na migi. Wspomnienia to będę mieć na całe życie…
Ogólnie, polecam podróże, a już zwłaszcza takie ich formy jak szkoła letnia. To ciężka praca, ale też dar obcowania z tłumem zdolnych i wyjątkowych ludzi wszystkich kultur, i możliwość przyjrzenia się, na czym budują swoje szczęście i karierę. Poczułam się jeszcze raz jak na jakiejś bardziej globalnej formie MISMaPu i pomyślałam z ulgą, że dalej już nic nie ma, że nie da się już bardziej ludzi wymieszać i rozsiać po świecie, że już żadne rozstania bardziej nie zabolą i żadne podziały bardziej nie poróżnią… że to już jest ten najwyższy, najbardziej szlachetny poziom, poziom ludzi jak wiatr, którzy są wszędzie i nigdzie, i nie da się ich zatrzymać przy sobie, można tyko do nich tęsknić i mieć nadzieję, że się ich jeszcze zobaczy, bo mają zwyczaj chodzić własnymi drogami. Ale to dobrze, bo ma się ochotę o nich walczyć, pracować, pisać i jeździć na konferencje, z nadzieją że się ich tam może spotka.
—-
(*) efekt bottleneck: jeden na siedmiu doktorantów znajdzie pracę jako posrdoc, jeden z siedmiu postdoców zostanie profesorem.
6.07.2012
Jest taki paradygmat eksperymentalny, który nazywa się "puste pole". W tym paradygmacie wpuszcza się szczura do dużej klatki, w której nie ma niczego: żadnych zapachów, jedzenia, pułapek, innych szczurów. A potem obserwuje się, jak zachowuje się ów szczur. Większość prawidłowych i zdrowych na umyśle szczurów eksploruje klatkę poprzez przemykanie cichcem wzdłuż ścianek, a te bardziej bojaźliwe siedzą w kącie. Natomiast niektóre szczury, pozbawione instynktu samozachowawczego, siedzą na środku klatki jak te głupki.
I właśnie poczułam się jak szczur w pustym polu. Wczoraj miałam rozmowę z opiekunami, w której, jako że była to ostatnia rozmowa przed wakacjami, nie owijałam w bawełnę: mój projekt leży, i będzie leżał, o ile nie zrobię akcji wywrotowej i nie przepiszę go na coś kompletnie nowego. Do tej pory nikogo nie obchodziło, czy temat mi się podoba, i mimo że obiecano mi coś o wiele bardziej w "moją" stronę, w istocie robiłam jakąś paskudną termodynamikę, i tak przez rok, i to mając świadomość, że siedzę w Donders, gdzie tyle ciekawego się przecież dzieje. W międzyczasie zauważyłam, że u doktorantów, nawet tutaj, gdzie doktoraty są dobrze płatne, frustacja to zjawisko powszechne, i że tak naprawdę mało kto robi to, co chciałby robić, a kreatywny doktorat to luksus dla szczęśliwców. Sfrustrowani są prawie wszyscy, różnice są tylko takie, że niektórzy chcą o tym rozmawiać, a inni duszą to w sobie. Oraz że współpanują dwie zupełnie różne definicje tego, co to znaczy być silnym człowiekiem. Jedni hołdują przekonaniu, że być silnym człowiekiem oznacza zaciąć zęby i zrobić wszystko to, do czego jest się nakłanianym, chociażby trzeba było się, za przeproszeniem, zesrać, a potem odetchnąć na postdocu, gdzie ma się więcej wolności, natomiast inni uważają, że bycie silnym oznacza stawianie na swoim i podejmowanie twardych decyzji, na przykład: dziesięć miesięcy bez satysfakcji z pracy? nie można zmenić opiekuna? nie można lekko zmienić tematu pracy? nie ma systematycznego rozwiązania? to trzeba zmienić pracę. Ja nie mam niestety wyboru, wyboru dokonał za mnie mój system hormonalny: kiedy przez dłuższy czas zmuszam się do robienia czegoś, czego nie lubię, zaczynam literalnie dostawać gorączki, infekcji w gardle i egzem na sam widok zadania.
No i nie dało się tego dłużej ukrywać. Na szczęście jako córka zawodowego szachisty bycie twardym negocjatorem mam we krwi, więc w ciągu przepisowej godziny bezproblemowo zamatowałam przeciwnika. I oto czuję się jak szczur w pustym polu, bo całkiem niespodziewanie dla siebie wynegocjwałam więcej niż zakładałam, to znaczy zupełnie wolną rękę. Zupełnie. Kompletna zmiana frontu; szef był twardy przez cały rok, a teraz po prostu nagle się poddał. - W takim razie sama napisz sobie projekt - powiedział. Jaki? - zapytałam. Jaki tylko chcesz - odparł szef. Kiedy? - odparłam. Tak szybko jak się da - powiedział.
Byłam, nie powiem, dość ogłupiała całą sytuacją. Wszystko albo nic. Widocznie inaczej nie potrafię, skoro zawsze kończy się tak samo - żadnych kompromisów z życiem, po prostu żadnych. Na dodatek właśnie wybieram się w podróż do Chin, na trudną szkołę letnią, więc mało że jestem w kropce w robocie, to jeszcze solidnie mnie przewalcują tam daleko.
Wczorajsze popołudnie, kiedy wracałam do domu, było jednym z najdziwniejszych popołudni w moim całym życiu. Piękna pogoda, mnóstwo kwiatów dookoła, uśmiechnięci ludzie na rowerach, żar lał się z nieba. Czułam bardzo mocno, że czegoś dokonałam, i że w ogóle jestem silniejsza niż sądziłam. Moje puste pole to nie jest mój jedyny sukces. Pierwsza się odważyłam mówić o tym, że w Holandii doktorant jest sprawdzany i oceniany na każdym kroku, podczas gdy jego opiekuna nie sprawdza i nie ocenia nikt, i nie da się go wymienić, co zamyka szansę na karierę tłumom młodych zdolnych. Okazało się, że i dziekan, i managing director naszego instytutu myślą podobnie, tylko nie mają pomysłu jak egzekwować obowiązki od topornych profesorów. I że wkurza to wszystkich managerów i fundatorów doktoratów, podobnie jak studentów. I chyba mówienie głośno o problemie zaczyna ekspandować… Prawda jest taka, że mamy kapitalizm, i prędzej czy później nauka podąży za rynkiem, a doktoranci, którzy będą niezadowoleni, będą po prostu zmieniać pracę zamiast tkwić w niezadowoleniu. A za brak sukcesu u podwładnych będą odpowiadać szefowie, jak w każdym szanującym się przedsiębiorstwie.
Idąc do domu, miałam też przed oczami obrazek szefa sprzed paru godzin. Rozmawiając, zwierzył mi się że droga od doktoranta do profesora to niewiarygodna katorga, i że trzeba po drodze robić wiele rzeczy, których robić się nie chce, i że gdyby miał wybierać jeszcze raz, to pewnie wybrałby sobie inne życie. Dość wstrząsające, jak na mowę motywacyjną. Czasami to mam wrażenie, że ludzie sami siebie na siłę unieszczęśliwiają. Po co pracować po 16 godzin na dobę, jeżeli jest się uwiązanym obowiązkami z każdej strony i nie mam czasu na to, co jest naprawdę fajne: na odkrycia i na jakieś mrożące krew w żyłach hobby po nocach. Coraz częściej czuję syndrom Abla, bo jak już zdarza mi się popłakać, płaczę za innych, a nie za siebie. I tak samo było wczoraj.
A kiedy przyszłam do domu, powitała mnie woń pysznych placków ziemniaczanych. Ostatnio wprowadził się narzeczony i zmieniliśmy miejsce na bardzo duży pokój z kuchnią w dzielnicy zwanej dzielnicą kwiatów. Nie ma nic lepszego niż pokoje z ogromnymi oknami na południe i zachód, i ten właśnie taki jest. Jak dobrze pójdzie, będziemy go sobie zajmować przez kolejne trzy lata i, miejmy nadzieję, będą to tłuste trzy lata. Zresztą, ilekroć otwieram drzwi i przestępuję próg, mam takie nieprzemożone odczucie, że coś niezwykłego stanie się w tym pokoju. Może to będzie jakiś mój sukces, a może raczej narzeczonego, który jest świetnie zapowiadającym się fizykiem-teoretykiem, ale coś nadchodzi.
I jedno tylko mnie uwiera. To świadomość, że pewnie nigdy nie będę mogła podziękować tym, dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Chyba że kiedyś naprawdę zrobię się odważna - na razie jestem tylko szczurem w pustym polu.
1.07.2012
Za tydzień trzeba ruszyć w długą wakacyjną trasę po szkołach letnich, co traktuję jako wszystko-albo-nic, bowiem w miarę zagłębiania się w temat computational neuroscience jestem coraz bardziej przerażona rozległością tej dziedziny, a chyba jeszcze bardziej - galopującym postępem. Czasami wręcz czuję, że zazdroszczę tym wszystkim, którzy mają jakiś pomniejszy temat, jakąś swoją niszę, w którą nikt nie zagląda, którą nie zainteresują się w Nature albo Science, ale z drugiej strony w której można mieć pewność, że spokojne gmeranie przez cztery lata zakończy się spokojną obroną doktoratu, zamiast jakiegoś szaleńczego wyścigu w to miejsce, i zamiast wiecznej niepewności czy jakiś inny, lepiej wyposażony lab nie wyprzedzi Twojej publikacji. To chyba wina tych pieniędzy, które pompuje się w tą działkę.
Ostatno głośno zrobiło się o niejakim Markramie, urodzonym w RPA psychiatrze, który przekwalifikował się na neuroscience i wylądował w Lausannie w Szwajcarii, gdzie postanowił zrekonstruować za pomocą sieci komputerów całą pojedynczą kolumnę w korze, najmniejszą samodzielną jednostkę organizacyjną zawierającą jakieś 10,000 neuronów. Dostał na to od Unii granta w wysokości… 1mld Euro. Ktoś chyba oszalał, podpisując na to zgodę, ale to tylko pokazuje, ile pieniędzy pompuje się w tą dziedzinę. Inny projekt, w Allen Institute w Seattle, USA, finansowany przez filantropa imieniem, zdziwię Was, Allen, polega za to na krojeniu mózgów myszy na tak cienkie plastry, by z użyciem obrazowania optycznego być w stanie zobaczyć wszystkie pojedyncze neurony, a potem połączyć te powierzchnie w jeden spójny model 3D za pomocą skomplikowanych algorytmów. Jedyne 300mln dolarów amerykańskich, porównując z projektami unijnymi względnie tanio. Ilekroć czytam o takich grantach, łapię się za głowę. Z jednej strony, to niby obiecujące, bo pieniądz nie śmierdzi, z drugiej strony kasa przyciąga tłumy pseudoneuronaukowców, ktorzy w istocie nie są stuprocentowymi matematykami albo biochemikami, i nie są w stanie spojrzeć na tą skomplikowaną, złożoną problematykę z wystarczająco dobrej perspektywy, ale pociąga ich poczucie bycia w centrum wydarzeń, łatwość publikowania w wysoko notowanych journalach… i kasa właśnie. To z kolei sprawia, że … ciężko jest znaleźć prawdziwego neuronaukowca wśród tłumu tych udawanych.
Wracając do tematu, w tym szaleństwie musi być metoda, i bycie dobrym nierozerwalnie łączy się ze specjalizacją - na tyle szeroką, żeby nie stracić z oczu widoku całości, ale też na tyle wąską, żeby zgłębić temat dokładnie. Póki co, nie mam obranego kursu, mimo że siedzę na doktoracie już prawie od roku (po części dlatego, że opiekunowie uparcie nastają na mnie, bym zajmowała się tematami, które średnio mnie interesują) i mam nadzieję, że szkoły letnie to zmienią, inaczej będzie naprawdę ciężko wypełnić wszystkie nminima na dyplom, które to minima w Holandii są bardzo wyśrubowane, a potem znaleźć inną, tym razem już naprawdę wymarzoną pracę.
—-
Within a week I'm going to go for a long summer trip from one summer school to another, which I see as all-or-nothing, since the more I dive into computational neuroscience, the more I feel threatened with comprehensiveness of the area, and even more threatened with the running progress. There are days when I feel jeleous with all of these who took some minor topic for PhD, some niche for their own, which might not be of interest to Nature or Science publishers, but at least whenever you pick it, you may be sure that sluggish playing with it for four years will inevitably lead to diploma, instead of some rat race and of eternal uncertainty upon if some other, better equipped lab knocks you out with faster publishing your stuff, or maybe not.
This race might be due to the money being pumped into this business. Recently, there was a broadly commented issue of Markram, psychiatrist born in RPA, who requalified into neuroscience and finally found himself in Lausanne, Switzerland, where he run a project aiming at reconstructing a full cortical column, the smallest organizational unit in the cortex, with a network of 10,000 computers. He was granted … 1mld Euro from EU. It feels like a mad person signed this one, but it only shows how much of a business CNS is. Another project, in Allen Institute, USA, funded by a philanthropist, guess what, Allen, is mainly about cutting mice's brains into slim slices in order to further reconstruction of full connectivity of a mouse brain with use of optical imaging in slices and complicated mathematical algortihms. Only 300mln USD, which seems to be quite cheap in comparison. Whenever I read on such grants, I am stunned. On one hand, this sounds promising, since money doesn't stink, only the other hand - money attracts everyone, even pure mathematicians or biologists who are not even capable of taking a good perspective at complex problems in neuroscience, but it is relatively easy to get high-ranked publications in CNS, you have a feeling to be in a centre of scientific attention and … there is money involved. This, further, causes that … it is sometimes hard to find a neuroscientist among neuroscientists.
Back to the topic, there must be a way in this madness, and being good inseparably goes along with a specialization - wide enough not to lose a picture of the whole, but also narrow enough to explore the subject well enough to be an expert. So far, I don't have my leading line of research delineated even though I have been a PhD for nearly a year now, but I hope for summer schools to change that situation, otherwise it will gain in difficulty to fulfill all requirements for the diploma (which are relatively high in Holland) and afterwards to find a dream job in the end.
1.06.2012
Wspomniany przeze mnie niedawno Personal Branding workshop przyniósł mi wiele nowych pomysłów. Na przykład: wypieścić swój profil na LinkedIn zanim pojadę na szkoły letnie. Poza tym, doradzono mi, co niepomiernie mnie zdziwiło, żeby zacząć tłumaczyć swój blog na angielski, ponieważ, co ciekawe, w Holandii bloggowanie nie jest wcale takie oczywiste i popularne jak w Polsce, więc dla potencjalnego pracodawcy sam fakt, że ma się coś do powiedzenia w sieci, jest wiele wart. No cóż, ten blog w zamierzeniu miał być o nauce, a wyszła jakś hybryda o rozwiązywaniu problemów, ale być może tym bardziej może to być intrygujące dla schematycznych Holendrów. Jako że istotnie, są niebywale schematyczni, a na rozwiązywanie problemów w sposób nietypowy i inteligentny zazwyczaj reagują oburzeniem, bo 'przecież skoro nikt tak nie robi, to jest to obciach'. Za to język ojczysty zawsze będzie dla mnie najbardziej swojski, więc odtąd będę pisać dwie wersje, polską i angielską, nieco skróconą, bo, wiadomo, nie wszystko nadaje się, by o tym czytał mój szef, patrz: post poniżej.
Personal Branding workshop, mentioned recently, provided me with new ideas. In example: to boost a LinkedIn profile before I go to summer schools this summer. Moreover, what surprised me most, I was advised to translate my blog to English. Interestingly, in Holland blogging is not as obvious and popular as it is in Poland, and therefore expressing yourself online can be attractive for the future employer. Well, the blog was meant to be focused on science, but it resulted in some hybrid about generalized problem solving, but maybe it can be even more interesting for the Dutch. Anyway, Polish, as a maternal tongue, will always be closer to my heart, thus I will be writing two versions from now on: Polish and English.
24.05.2012
Sukcesy, sukcesy… Musiały w końcu przyjść. Jednak okazuje się, że sukces pracownika niekoniecznie jest sukcesem dla szefa i na odwrót. Na przykład, właśnie dowiedziałam się, że przyjęto mnie w tym roku nie na jedną, a na trzy szkoły letnie w computational neuroscience, w Rosji, Chinach i w Polsce, pod Poznaniem. Z mojego punktu widzenia, jest to świetna wiadomość, bo mogę wybierac, a nie każdy ma tą szansę, bywają i tacy, którzy nie dostaą się na żadną, bo te dobre szkoły mają poziom akceptacji 15-25% uczestników. Mnie się udało dostać na 3 spośród 6 szkół, na które aplikowałam, więc całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że starałam się o same najlepsze. Okazało się jednak, że szef okazuje ograniczony entuzjazm, i zajęło mi ze dwie godziny negocjowanie i wydrążenie z niego, dlaczego tak bardzo upiera się przy tym, żebym wybrała sobie tylko jedną szkołę, zamiast jechać na więcej. Powiedział, że chodzi o czas i pieniądze, więc odpowiedziałam ogniem: powiedziałam, że mogę oddać dwa tygodnie wakacji (ponieważ większą ilością już w tym roku nie dysponuję), że rezygnuję ze szkoły w Rosji i że złożę podanie o dofinansowanie tak, żeby laba to nic nie kosztowało, a poza tym organizatorzy szkoły w Chinach zwolnili mnie ze wszystkich kosztów poza biletem lotniczym, a organizatorzy w Polsce zwonili mnie z połowy opłaty. Szef nadal marudził, i przebąkiwał coś o ewaluacji, którą mam w listopadzie. Tłumaczyłam więc, że pracuję ciężko, a szkoła letnia to inwestycja w kolejne trzy lata, i z każdej z tych dwóch mogę przywieźć nową wartość do laba, bo profil jest inny, a lista tutorów się w ogóle nie dubluje. Koniec końców, po dwóch godzinach dyskusji, doszłam w końcu do wniosku, że szef wymiguje się od posłania mnie na dwie szkoły, bo ma zły obraz mnie - wyszedł z założenia, że skoro lubię podróżować, traktuję szkoły letnie jak darmowe wakacje na koszt uczelni. Nic bardziej mylnego i głupiego, ale najgorsze, że tak bardzo trzeba drążyć i ciągnąć za język, żeby wyciągnąć na wierzch te kuriozalne przekonania, całkiem jakby nie dało się powiedzieć wprost.
W każdym razie wygrałam te negocjacje, i szef musiał to przyznać przed moim supervisorem, co mi sprawiło niepomierną satysfakcję. Teraz czeka mnie ciężka przeprawa, półtora miesiąca bardzo, bardzo ciężkich przygotowań, ciężki egzamin, kończenie pracy magisterskiej z fizyki, czytanie na potęgę artykułów wszystkich możliwych tutorów ze szkół i, co najwazniejsze, research i śmiała próba spisania i wysłania pierwszej publikacji na moim doktoracie. Na ogół kończę pracę o pierwszej w nocy, a do tego trzeba będzie przyspieszyć, więc ogólnie jest kombo… Ale mimo wszystko zaczynam lubić tę pracę, może dlatego, że zaczynam rozumieć, o co w niej chodzi.
Jutro kolejny dzień. 8:00 rano - wyjść z domu, oczywiście porządnie ubranym, umytym, najedzonym i uczesanym. 9:00 rano: 3-godzinny Personal Branding workshop, czyli zajęcia na temat: jak zostać salonową suczą w nauce. Nie wem, czego się spodziewać, ale trzeba załapać z tego, ile się da, bo to śmierdzi kasą. Potem szybko i biegiem na wydział Science do działu Multimedia, drukować poster i powiesić na wydziale. Dostarczyć podanie o travel grant do sekretarki. Wymyślić, jak wyciągnąć z powrotem pieniądze od współpracowników, którym kupiłam piłki gimnastyczne i nie oddali mi kasy. Wpaść do nich na lunch o ile to możliwe, pouśmiechać się i poudawać, że ich lubię i zależy mi na ich przyszłości. Pobiec do general manager naszego wydziału i przekonać ją, że powinno mi się udzielić zgody na wykorzystanie uczelnianego logo, by wydrukować swoje osobiste wizytówki, a potem wciskać je komu się da na szkołach letnich. Zaaplikować o ten cholerny trademark i pilnować, żeby doktorant siedzący obok nie zobaczył i nie skopiował mojego pomysłu. Stworzyć multimedialną prezentację informacyjną rady doktorantów wydziału Science na screeny w korytarzach i rozesłać do rady. Zarządzić kolejnym spotkaniem rady doktorantów mojego instytutu (to nie to samo) i umówić kolejny termin spotkania. 14:30 - stawić się w miejscowym szpitalu na pierwsze spotkanie z mentorem, czyli wyznaczonym dla mnie opiekunem mentalnym projektu, którego jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. Zdać raport z projektu i gryźć się w język za każdym razem, kiedy będzie mi się chciało powiedzieć, że mój projekt to gówno. Oczywiście, uśmiechać się szeroko. 15:00 po przebiegnięciu do kolejnego budynku, wpaść na wykład pierwszoligowego gracza w mojej działce, i przygotować sobie jakieś mądre pytanie, żeby móc je zadać przed publicznością i zrobić to tak, żeby mówca stwierdził 'good question' a szef się uśmiechnął. 16:00 - brać tyłek w troki i biec z powrotem na wydział Science. Brać się do roboty, bo przecież '16:00, a jeszcze nic nie zrobiłam'. Jak będzie trochę szczęścia, może coś zjeść. Wlać w siebie trzy kawy i jechać z tym koksem. 21:00 - spotkanie na Skypie z narzeczonym (postarać się chwilę przedtem usunąć wory pod oczami w łazience). 22:00 - do roboty, co to za opierniczanie? Jak programowanie dobrze idzie, obejrzeć odcinek Drzyzgi w nagrodę. Jak poziom adrenaliny i energii niebezpiecznie spada, zrobić sobie dobrze w łazience i kontynuować research. Jak się jest naprawdę w pospiechu, nie fatygować się do łazienki. 1:30 - wypełznąć z laba i skierować się do domu. Oczywiście w drodze myśleć i rozwiązywać problemy w pamięci, bo przecież 'spacerowanie jest nieproduktywne'. Dzień jak co dzień.
13.05.2012
Od kiedy mieszkam na obczyźnie, wizyty w Polsce nastrajają mnie zawsze do socjologicznych spostrzeżeń. Zwłaszcza kiedy można obejrzeć w akcji grupy obywateli, których łączy wspólna pasja. Ostatnimi czasy miałam okazję zobaczyć takie dwie - miłośników wrestlingu i zwolenników mieszanych sztuk walki. Wrestling oczywiście organizowała amerykańska federacja WWE, a galę MMa - polska federacja KSW. Mam w głowie rózne konotacje związane z polską organizacją, więc spodziewałam się trochę słomy z butów, ale muszę powiedzieć, że polska gala w niczym nie ustępowała amerykańskiej, a nawet pod wieloma względami ją przewyższała. Telebimy i dobra praca operatorska znacznie ułatwiały śledzenie tego, co dzieje się na ringu, wejście zawodników odbywało się ze specjalnej platformy, opuszczanej z wysokości jak winda, i na tle ogromnych ekranów wyświetlających multimedialną prezentację na cześć danego zawodnika. Jeszcze pokaźny, robiący groźne wrażenie kark z łańcuchem na szyi w roli prezentera i lektor zapowiadający rundy z głosem jak z gier komputerowych i szafa gra. Na dodatek organizatorzy zadbali o to, żeby publiczność doskonale wiedziała, komu kibicować - po prostu sparowali Polaków z niePolakami w każdej niemal walce, czego oczywiście nie da się zrobić we wrestlingu, przynajmniej póki co.
Przede wszystkim jednak, róznicę było widać na widowni. O ile na Wrestlemanię, cokolwiek mimo wszystko brutalny festiwal rozrywki, przychodziły na ogół rodziny z dziećmi, najczęściej 8-12 letnimi chłopcami,albo też grupki facetów wyglądających jakby wyszli prosto z budowy, o tyle na KSW w zdumiewającej większości przybyły pary, i to najczęściej "klasyczne" polskie pary typu kark albo dres i jego dziunia typu blachara. W życiu nie widziałam tylu blachar w jednym miejscu, toż to było istne zjawisko, tłumy blondynek o brązowej skórze, ubranych w biało-świecące ciuszki, z prostowanymi włosami i na gigantycznym obcasie. To ciekawe, że tak właśnie wyglądają współczesne randki i wspólczesny podryw - jak się chce zaimponować dziewczynie w stylu disco, pokazuje się jej trochę krwi. Nieswojej, dodajmy.
Mnie się ta gala podobała. Mam tylko nadzieję, że zawodnicy, którzy naprawdę walczyli (bo nie wszyscy mieli w ringu co robić), dostali godziwą zapłatę. Ciekawi mnie, co ich pcha ku temu, żeby dać się okłądać na oczach tysięcy ludzi. Może to uzależnienie od popularności bardziej niż od pieniędzy. To musi być jak narkotyk. Mam nadzieję, że mój narzeczony nie padnie tego ofiarą, bo od pewnego czasu robi doświadczenia z ciekłym azotem i widać, jak coraz bardziej podoba Mu się występowanie przed publiką. To jest naprawdę wciągające, kiedy ludzie po prostu chcą Cię oglądać albo słuchać. Na początku po prostu lubił to, co robi, teraz też lubi, ale jest co najmniej poirytowany, gdy z jakichś powodów nie ogląda Go aż tyle osób, ile się spodziewał. Wczoraj na pikniku naukowym robił doświadczenia, i szczerze mówiąc więcej niż dwadzieścia-trzydzieści osób naraz po prostu nie może tego oglądać, bo stanowiska są małe i wszyscy oglądający cieśnią się wokół stołu. Misio miał to maksymalne obłożenie cały czas, ale i tak był zły, że dostał stanowisko w peryferyjnym miejscu, gdzie ogółem przewijało się mniej ludzi niż przy głównym deptaku pikniku. Fakt ten odebrał Mu całą przyjemność robienia pokazu i wskutek tego tylko narzekał, zamiast się cieszyć, że Mu się pokaz udał. No cóż, mam nadzieję, że woda sodowa nie uderzy Mu do głowy.
A co w tym czasie w neuroscience? W miarę zgłębiania się w temat computational neuroscience widzę, jak wiele jest jeszcze nie wiadomo, i jak wiele jest do zrobienia. Właściwie to, co się dzieje w ciałach neuronów podczas przekaźnictwa sygnału, jest zupełnie niezbadane, wiadomo tylko, jak sygnał się propaguje wzdłuż błony aksonu. Jednym słowem, pomimo że na świecie funkcjonują setki, jak nie tysiące ośrodków zajmujących się tylko mózgiem, dla tych setek tysięcy profesorów / innch badaczy / studentów mózg jest wciąż plątaniną czarnych skrzynek między którymi podróżuje wysoko zaszumiony sygnał. To młoda dziedzina i dlatego jest w niej tyle wyrw, ale to chyba dobrze, bo czuje się podskórnie, że potencjał nowych odkryć jest ogromny. Jest to poczucie wiszące nad głową jak takie dobre fatum, coś nieuchronnego, zwłaszcza dla kogoś, kto ma burzę hormonalną i silny instynkt, więc naturalnie czuje podskórnie, gdzie szukać krwi. Jakieś półtora tygodnia temu miałam taki dzień, a raczej taką koszmarną noc, gdy jeden z moich holenderskich sąsiadów, zepsuty nastolatek, którego wyrzucono ze studiów (więc jedyne co robi to imprezuje po nocach, organizuje libacje, orgie i co tam jeszcze) znowu hałasował do rana, z niemożności robienia niczego "poważnego" czyli tego, czego chcą ode mnie opiekunowie, sprawdziłam z ciekawości jedną rzecz, i wyszło mi z tego czarno na białym, że w mikroskali, czyli w skali pojedynczych neuronów, ludzki mózg nie ma własności small world, jak się powszechnie uważa (chociaż nie wynika to z żadnych badań doświadczalnych, bo nie ma odpowiednich badań ku temu, po prostu sprytnie obeszłam ten problem). Na wyższych poziomach organizacji owszem, ale nie na tym najmniejszym. I tak, zupełnie zaskakująco dla siebie samej, mam na widelcu coś publikowalnego, i to niezłej jakości. Zazdrośni koledzy w pracy nie podzielają mojego entuzjazmu, ale mam to gdzieś, bo zazdrość często tylko świadczy o sukcesie. No i właśnie tak to wygląda - odkrycia przychodzą, kiedy się człowiek niczego nie spodziewa, na przykład kiedy nie może spać i o czwartej nad ranem po przeoglądaniu "Adrenaliny" cztery razy z rzędu trochę bezmyślnie sobie klika. No i chyba dzięki temu zaczynam lubić tę pracę.
15.04.2012
Jeżdżąc po rodzinie w czasie Świąt Wielkiej Nocy, miałam okazję poobserwować, jak nasz piękny kraj się rozwija, jak się buduje drogi, statki i stadiony, jak obywatele z wolna się bogacą. Jak się już człowiek znajdzie na obczyźnie, staje się nacjonalistą, taka prawda. Miałam okazję poprzebywać chwilę w Gdańsku, i pytałam miejscowych, jak znajdują fakt, że za dwa miesiące odbędą się tam mecze Euro. Większość wzruszała ramionami, ale nie dało się ukryć, że są dumni, ale też przy tym kombinują, jak tu się na imprezie jak najbardziej wzbogacić. I dobrze.
No i chociaż człwiek nie jest zbyt wielkim fanem piłki nożnej, mimo wszystko trzyma się kciuki za całą imprezę. I za to, żeby kibice dali sobie na wstrzymanie, bo reszta Europy chyba jeszcze nie wie, z czym ma do czynienia. Kolega z pracy, Algierczyk z pochodzenia, zapytał mnie ostatnio, czy to dobry pomysł, by przyjechać sobie na kilka dni do Warszawy w czasie Euro, pozwiedzać i pooglądać mecze chociaż z telebimów. Nerwowo przełknęłam ślinę, bo to chyba nienajlepszy pomysł… Chciałabym móc Mu powiedzieć, że Warszawa czeka na Niego z otwartymi ramionami, ale prawda jest taka, że jak tylko się pojawi, dostanie niezły łomot.
Poza tym, muszę się pochwalić, że poszłam w końcu do neurologa ze skanami mojego mózgu, które zostały sporządzone jeszcze w sierpniu w Warszawie (gdzie zresztą uciekłam spod skanera MRI z wenflonem w ręce i chodziłam z nim potem przez cały dzień, bo tak mi się podobał), ale w międzczasie jakoś nie znalazłam czasu na udanie się do lekarza po ich interpretację. Przez cały ten czas, osiem bez mała miesięcy, przechadzałam się po świecie z podejrzeniem dwóch guzów w mózgu, konkretniej w módżku, jednak koniec końców okazało się, że to żaden guz, tylko dva - developmental venous anomaly, z którym człowiek z prochu powstaje i w proch się obraca, a skutków ubocznych nie ma żadnych, po warunkiem, że się nie próbuje tego usuwać lub w tym gmerać. To było źródło wielkiej ulgi dla mnie, bo kiepsko było by dowiedzieć się, że podstawowy narząd mojej pracy jest uszkodzony. Mało tego, dowiedziałam się od tegż neurologa, że osoby cierpiące na migreny, jak ja, mogą bez wielkich przeszkód brać udział w wyprawach wysokogórskich, a tak się składa, że ostatnio zamarzyła mi się jedna. Żyć nie umierać.
A to jest wspomniany fąfel:
Aż trudno uwierzyć, że całe życie nosi się taki wykwit we własnej głowie, i że służy on dosłownie niczemu.
Byłam też u innego lekarza, tym razem specjalisty od rozumów, a nie od mózgów. Od kiedy mam siedzącą pracę, zaczęłam bowiem cierpieć z powodu chaosu we własnej głowie; neuroscience to jeden wielki wysyp idei z różnych dziedzin, które często nie chcą się między sobą kleić na różnych poziomach, a kiedy jest się zbyt ambitnym i chce się to wszystko ogarnąć, można zwariować. I w ten sposób, podczas gdy inni doktoranci przez bite cztery lata przykładają elektrody do neuronów albo robią eksperymenty, w których wkłądają człowieka do tuby fmri i każą podejmować decyzje, ja przez siedem miesięcy przegrzebałam się już przez teorię informacji, teorię grafów, modele termodynamiczne, point processes, odzyskiwanie połączeń między neuronami z kowariancji na różne sposoby, mechanizmy uczenia i plastyczności, napisałam projekt o modelowaniu współpracy między regionami mózgu za pomocą równań różniczkowych z opóźnieniem… Bywa, że jednego dnia robię pięć rzeczy, z czego po kilka naraz, bo nastawiam obliczenia na jednym komputerze i piszę w tym czasie kod na następnym. Jest to jeden wielki zamęt, i to samo jest w środku, skutkiem czego nie mogę się skupić na kilka godzin na jednej rzeczy. Poszłam więc w końcu do lekarza. Mówi się żartem, że psychologowie nie są po to, by leczyć z problemów, tylko po to, żeby pacjent polubił swój problem i muszę przyznać, że jest w tym dużo racji. Pani terapeutka zdiagnozowała bowiem adult ADHD, a potem, zamiast wypisać stosowną receptę, przekonała mnie, że… ADHD jest fajne. No w sumie… Już dawno zauważyłam, że moja skłonność do skakania po tematach to mocna karta w tym fachu, z tym że w obliczu wielogodzinnych spotkań, na których nie mogę się skupić i odpływam, to naprawdę niewesołe. Dostałam za to radę, żeby zmienić harmonogram pracy i powiedzieć szefowi, że muszę robić przerwy co godzinę, inaczej popadam w kompletny zamęt. No i będę musiałą pójść i powiedzieć. I to powinno znacznie zwiększyć skuteczność pracy. Mam też na oku podpatrzoną u teściowej piłkę gimnastyczną, którą zastąpi się krzesło celem ożywienia organizmu w czasie pracy. Będzie dobrze.
2.04.2012
Jak relaksuje się psycholog? Albo neuroinformatyk, należałoby powiedzieć? Kiedy po godzinach chce się naoliwić własny umysł, doprowadzić go do ładu po wielogodzinnym programowaniu i skakaniu wzrokiem po rozlicznych publikacjach, człowiek ma do wyboru trzy rzeczy: bezmózgą rozrywkę, jaką jest oglądanie TVNu przez Internet, albo jeżdżenie na imprezy (już w przyszłym tygodniu: Wrestlemania w Gdańsku:P), spacery, gdzie jest pełno ludzi, bo to Holandia, i wszędzie jest tłoczno, albo ambitna rozrywka, jak oglądanie reportaży i filmów dokumentalnych, czytanie książek beletrystycznych i filozoficznych, dobre kino. Z tym że lwia część tego, co w ogóle mogłabym uznać za interesujące, dotyczy ludzi, ludzkiego zachowania, umysłu i jego wytworów. Jednym słowem muszę wybierać pomiędzy gównem a katowaniem się dokładnie tym samym co w pracy, tylko w nieco zmienionej formie. Nawet co lepsze hollywoodzkie filmy ostatnich lat – dosłownie wszystkie są o percepcji, motywacji, sztuczkach umysłu, o wszystkim tym, co się dzieje w ludzkiej głowie. Właściwie wszystkie moje ulubione to czysta psychodelia: Memento, Podziemny Krąg, American Psycho i tak dalej.
W ten weekend nie byłam lepsza. Chcąc odpocząć, złapałam pierwszą lepszą książkę leżącą pod ręką. Było to „Od mózgu do umysłu” Chrisa Fritha, i z ulgą muszę powiedzieć, że była to przedziwnie relaksująca lektura. Co prawda była do tego stopnia laicka, że nie nauczyłam się z niej dosłownie niczego nowego, ale i tak był to bardzo przyjemnie spędzony czas - widocznie autor jest utalentowany, by zreferować i zebrać wszystko co najważniejsze i opowiedzieć to tak ciekawie, że czyta się jednym tchem i nie mając tego okropnego poczucia, że gwałci się własny umysł w czasie wolnym. Na dodatek, człowiek przypomina sobie nagle, po co pisze te wszystkie kody i po co grzebie w tych tonach specjalistycznej lektury – i że pierwsza przyczyna, dziecięce zainteresowanie umysłem samym w sobie, to naprawdę dobry powód, żeby robić to, co się robi, zamiast w tym samym czasie trzepać dużo więcej pieniędzy na giełdzie czy gdzie indziej. Tak też książkę szczerze polecam, bez względu na zainteresowanie neuroscience lub jego brak – ci co siedzą w neuroscience, po prostu się zrelaksują, a ci, co nie siedzą – dowiedzą się o najbardziej fascynujących zjawiskach jakie dotąd odkryto.
18.03.2012
Szpan i design. To się głównie liczy w nauce, przynajmniej w Holandii. Trochę mnie to zdziwiło, bo nauczono mnie, że w pierwszej kolejności należy wiedzieć, co się robi i robić to dobrze, a o sprzedawaniu tego innym myśli się w drugiej kolejności. Tutaj każda prezentacja musi zawierać tony kolorowych rysunków, a ludzie przechadzają się z Macami, mimo źe nie ma pieniędzy na wyjazdy, a nawet idcięto nam telefony. Ostatnio dowiedziałam się, że jeden ze studentów magistrantów postanowił w ramach robienia plakatu do laba powiesić kupiony przez siebie ekran multimedialny zamiast wersji tradycyjnej, papierowej, żeby się wyróżnić spośród innych studentów. Co ambitniejsi studenci przychodzą też na wydział w garniakach, żeby wyglądac poważniej, i zadają mnóstwo pytań, w większości bezsensownych, podczas wykładów, żeby się pokazać. Zabawne jest to wszystko, ale wcześniej czy później człowiek zdaje sobie sprawę, że znalazł się w innej kulturze i musi wziąć idział w tej degrengoladzie. Właśnie zastanawiam się nad kupnem nowego komputera i powoli zaczynam poważnie myśleć o Macu mimo że ma dużo gorsze parametry niż HP, bo co szef powie. Zaczęłam też zadawać idiotyczne pytania, jak wszyscy, a szef wydaje się być bardzo kontent z tego powodu. Oraz zaczęłam brać ze soba śniadania do pracy, bo tutaj przychodzenie do pracy na 10:00, najedzonym i przygotowanym, i uczciwe pracowanie do wieczora jest nie ok., a przychodzenie na 9:00 i jedzenie przez godzinę śniadania, po czym wychodzenie o 17:00, jest ok. Zaczęłam też jadać lunche ze studentami regularnie, bo osoba, która w porze lunchu pracuje, a nie siedzi i pierdzi z innymi, to nudziarz. Nie ma wyjścia, trzeba się obijać w tej robocie. Gorzej że wyniki naukowe też są mile widziane, więc żeby to wszystko pogodzić, w pracy się obijam, a pracuję wieczorami, w domu. Kuriozalne, prawda? Całkiem możliwe, że inni tez tak robią, bo na uczelni panuje moda na zdolnych leniwych. Nie lubię pozerstwa, ale utrzymanie pracy to priorytet, więc trzeba postępować jak inni. Trochę jak w podstawówce…
W ogóle, coraz częściej widzę podobieństwa. Tam też nie lubiło się „kujonów”, więc każdy udawał, że wcale się nie uczy, a poza tym klasa szkolna to było hermetyczne środowisko, tak jak teraz lab, w którym dzieci miały podobny cel: zyskać uznanie u nauczyciela (szefa). W liceum ludzie mają różne cele, bo chcą się dostać na różne studia, a na studiach jest jeden wielki tygiel, ciężko się porównywać między sobą, bo różni ludzie robią różne rzeczy, towarzystwo przewija się jak w kołowrotku, a i cele też są różne. Potem przychodzi czas wielkiej ciszy, kiedy znowu jest się w małej grupce, wiecznie tej samej, i cel jest jeden: wybić się jak najbardziej w wąskiej dziedzinie, w której się pracuje, a robi się to poprzez zyskanie uznania u szefa (nauczyciela). No i zabawa się zaczyna od początku: pozerstwo, podchody, dziecięca zawiść. Tak czy inaczej, patrzę na to optymistycznie, bo w podstawówce radziłam sobie z sytuacją dużo lepiej niż w liceum i na studiach, moje wyniki były bez porównania lepsze podle innych, czułam się niezależna emocjonalnie od innych ludzi i miałam jasny cel przed sobą, i byłam tak w swoich obowiązkach tak ambitna, że aż zajadła. Tylko ze stresem kiepsko sobie radziłam, odbijał mi się na zdrowiu, i teraz też nie jest lekko, bywa że leżę i stękam, bo po każdym stresowym dniu w robocie napada mnie migrena. W tym tygodniu było ostro, bo mój codzienny supervisor nie chciał mi dać rekomendacji na szkołę letnią, na którą aplikowałam w następnej chwili, i musiałam w tym celu ścigać dyrektora swoich poprzednich studiów, a że z niewiedzy nielegalnie skopiowałam nagłówek z logo studiów, był dym. Koniec końców udało się zażegnać problem i zaaplikować na czas, ale stres się zemścił i tak.
A czym się teraz zajmuję w pracy? Próbujemy w parę osób wymyslić efektywny algorytm tworzenia grafu z ustaloną dystrybucją 3-wierzchołkowych subgrafów. Nie jest to proste jak się wydaje, a jest nam bardzo potrzebne, bo okazuje się, że niektóre trójki są nadreprezentowane w korze, i wypadałoby zbadać właściwości sieci z taką nadreprezentacją, jaką stwierdzono w eksperymentach. Jest to o tyle niewdzięczny temat, że wygląda na prostszy niż jest. Już kilka labów na świecie pracuje nad funkcjami motywów, ale nikt jeszcze nie zaimplementował sieci z zadaną dystrybucją wszystkich spośród 13 możliwości, zadowalali się nadreprezentacją jednego, co jest z kolei bardzo proste. Zrobiłam spin-glassową metodę, która działa na sieciach do 200 wierzchołków, dla większych jest zbyt powolna, a patching większych sieci z mniejszych wygląda bardzo sztucznie, a poza tym częściowo zabija pożądany rozkład. To jest nietrywialny problem, bo z kolei inna metoda, wkładanie motywów do pustej sieci, generuje tyle niechcianych efektów ubocznych, jak inne, dodatkowe motywy, że dla sieci o takiej gęstości połączeń jak ta, którą mamy w korze (ok. 10% wszystkich możliwych połaczeń) robi się małe piekiełko, i po włożeniu do sieci wszystkiego co chcemy mamy ponad 10 razy więcej motywów niż chcieliśmy, a i kształt tego rozkładu to nie jest po prostu wyjściowy rozkład po przeskalowaniu.
Ta bomba nas zatrzymuje przed robieniem researchu właściwego, a prawda jest taka, że kolega który się też tym zajmuje, ma nowonarodzone dziecko i nie można za bardzo liczyć na Jego pomoc, a mój codzienny opiekun jest wyjątkowo krnąbrny, więc spadło to na moją głowę. Czuję, że dam radę, ale pytanie, ile mi to zajmie, bo siedzę na tym projekcie już pół roku i czuję ciśnienie, żeby to było raczej szybko niż późno.
No i tyle. Poza tym, nudne życie, pisanie magisterki z fizyki wieczorami, ćwiczenia fizyczne w imię tego wszystkiego, co jeszcze będę musiała w życiu zrobić, relaksowanie się filmami od czasu do czasu. Ostatnio narzeczony zaraził mnie fazą na filmy z Neesonem, no więc oglądam sobie czasem. Dobra rozrywka, nie da się zaprzeczyć.
19.02.2012
Pierwsze wakacje w pierwszej pracy w życiu, z pierwszym facetem i pierwszy raz tak blisko równika. Czego tam nie było… Palmy, dżungla, egzotyczne owoce, rafa kolarowa i różne inne dziwy. Przy okazji, jak zwykle w podróży, dowiedziałam się wiele i o sobie samej, i o innych.
W ogóle, podróże są na tyle bezcenne, że gotowa byłabym wtopić w nie wszystkie swoje oszczędności i jeszcze nieźle się napocić przy tym… Od paru miesięcy, od kiedy zaczęłam pracę, jako jedyna w całym labie gotowałam obiady w domu po to, żeby nie wydawać na drogiej uniwersyteckiej stołówce; stałam nieraz przy kuchni o pierwszej w nocy, kiedy nie było czasu w ciągu dnia, pichciłam i mozolnie robiłam sobie kanapki do roboty, żeby nie wydawać po paręnaście euro na uczelniane obiadki. No i zrobiłam dość dokładny wywiad i woziłam z Polski wszystko, co uznałam za istotnie tańsze niż w Holandii, to udając ciężarną, to znów wypychając sobie poły kurtki nadprogramowym bagażem, żeby tylko przewieźć jak najwięcej na 10-kilogramowym wizzairowskim limicie. Skutkiem tego wszystkiego, mogliśmy z narzeczonym pojechać na Południowe Karaiby i całkiem dobrze się tam bawić.
Nie jest to, wbrew pozorom, coś niedostępnego dla przeciętnego zjadacza chleba, wprost przeciwnie – bilety lotnicze dostaliśmy za ok. 450dol. od osobę, cena siedmiodniowego rejsu all-inclusive to było jakieś 550dol. od osoby. Grunt to mieć te jaja, żeby podjąć w kilka godzin decyzję, gdy się już zobaczy ten tani bilet online – i żeby uwierzyć, że to wszystko naprawdę się dzieje: że gdy się kilka razy kliknie, dostanie się jakieś e-itinerary, a konto się ogołoci, to za parę miesięcy faktycznie człowiek się obudzi w tropikach. W naszym przypadku, cała sytuacja przestała się wydawać surrealistyczna dopiero w momencie, gdy zobaczyliśmy przez okno samolotu palmy na lotnisku w San Juan. A do cna otrzeźwieliśmy dopiero wtedy, gdy oczom naszym ukazał się statek – jedenastopiętrowy biały kolos. I gdy weszliśmy, zobaczyliśmy ogromne atrium na kilka pięter i zdaliśmy sobie sprawę, że to jest naprawdę wszystko all-inclusive. Prawdę mówiąc, sądziłam, że będziemy nerwowo biegać po porcie i szukać naszego statku pośród innych łajb, ale on dosłownie był rozmiaru miejscowego portu i ciężko było go przegapić, jaśniał zachęcająco już z bardzo daleka.
Karaiby jako takie to dziwna instytucja. Na niektórych wyspach, jak Saint Thomas, walutą jest amerykański dolar, na innych, jak Barbados, obowiązują jakieś lokalne pieniądze, które można dostać tylko w bankach i tylko za okazaniem wszelkich możliwych dokumentów, całkiem jakby trzeba było pokazać, że jest się godnym cokolwiek kupić. Karaiby są też dość policyjne, wszędzie pełno strażników którzy nie wiedzieć czego pilnują. Najzabawniej wyglądało to chyba w bibliotece publicznej na Barbadosie – uzbrojony policjant przy każdym regale z książkami, a tuż obok dzieci próbujące się skupić na czytaniu. Muszę też przyznać, że jak dotąd byłam niezbyt dobrze wyedukowana, skoro myślałam, że są to biedne republiki bananowe; samochody jeżdżące po drogach i przydrożne domki wcale nie sprawiają wrażenia biednych, a na metkach wszystkich sukienek, jakie sobie kupiłam podczas tego wyjazdu, znalazłam napisy takie jak „made in Thailand” albo „made in India”, co by znaczyło, że tutejsi prymitywnymi zajęciami, takimi jak produkcja czegokolwiek, się nie parają.
Za to parają się turystyką, i są w tym naprawdę nieźli. Rozrywki, które tam znaleźliśmy, są często niedostępne w Europie. Na przykład, jeździliśmy podwodnymi skuterami, które wyglądały jak jednoosobowe łodzie podwodne, co można zrobić jedynie w pięciu lokacjach na świecie. Nurkowaliśmy też z butlą i z rurką, pływaliśmy z żółwiami morskimi, zjeżdżaliśmy tyrolką ponad lasem deszczowym, pływaliśmy katamaranem i jeździliśmy pontonowymi motorówkami, które spokojnie wyciągały, na oko, ze trzydzieści na godzinę. To na lądzie przedpołudniami, a popołudniami i wieczorami na statku odbywały się przedstawienia i było tyle rzeczy do zrobienia i zobaczenia, że mieliśmy plan wypchany od siódmej rano do pierwszej w nocy każdego dnia, a po całej wyprawie czuliśmy się szczęśliwi, ale nieżywi. Oj tak, w turystyce i w zabawie miejscowi są pierwszorzędni.
Prawdą jest też to, co się o nich obiegowo uważa: że żyją dniem codziennym, że się uśmiechają, że są serdeczni. Byli naprawdę rozmowni i uprzejmi, pełni poczucia humoru i przy tym pozbawieni rubaszności. Część Karaibów to amerykański teren, ale i tak nie miało się wrażenia, że jest się w USA – ci ludzie byli pozbawieni tej paskudnej amerykańskiej sztuczności. Rozbrajał również ich nieskrępowany handel: propozycję zakupu zioła można było dostać nie tylko idąc ulicą, ale też na przykład… pływając w morzu, ponieważ plażowi handlarze prześcigiwali się w dotarciu do nadpływającego łodzią klienta do tego stopnia, że pracowali w kajakach, i zaczepiali wszystkich, włącznie z pływakami. Po paru dniach w okolicy miało się wrażenie, że jeszcze chwila i jakiś handlarz wyskoczy Ci spod łóżka.
O Karaibach można by jeszcze długo długo, w każdym razie polecam, bo to świetny relaks. Myślę, że sama jeszcze wielokrotnie powtórzę patent z rejsem, bo jest naprawdę dobry, a moje sprawdzone linie oferują nie tylko ciepłe kraje, ale też na przykład opływanie Przylądka Horn czy rejs wzdłuż Alaski.
Przejdę więc do wniosków, bo opisy przyrody można poczytać sobie w przewodnikach. Po pierwsze, w końcu zaczęłam rozumieć, dlaczego ludzie morza przywiązują się do swoich statków. Zawsze mnie to dziwiło i śmieszyło, że marynarze i piraci nazywają swoje łajby, polerują je i picują, a po pewnym czasie gotowi byliby za nie umrzeć, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie miałam w ogóle czynnego udziału w rejsie, byłam tylko szeregowym pasażerem, a i tak nie przeszkodziło mi to w nabyciu pokładowej solidarności w kilka dni. Łapałam się na tym, że kiedy w jakimś porcie, do którego przybiliśmy, cumowało kilka statków, wracając wypatrywałam „tego ładnego”, „tego najlepszego”, a cała reszta wydawała mi się składowiskiem byle jakich łajb. Boję się pomyśleć, co by było, gdybym miała na nim pracować, chyba po godzinach chodziłabym po porcie i okładałabym na pięści załogi innych statków.
Poza tym, wyszlo to samo, co zwykle wychodzi przy okazji naszych wspólnych podróży z narzeczonym – jakieś takie niedookreślone przekonanie, że razem możemy zrobić wszystko. W drodze często ślizgamy się po powierzchni, a jednak udaje się, zawsze sposobem i na ostatnią chwilę. Tym razem znowu było ostro i po bandzie. Gorąco zrobiło się zwłaszcza końcem podróży, gdy zostaliśmy na jeden dzień w San Juan, stolicy Puerto Rico. Wiedzieliśmy, że 40 kilometrów dalej jest słynny las deszczowy, ale niestety publiczna komunikacja poza miastem w Puerto Rico nie działa, aby wynająć samochód musielibyśmy mieć kartę kredytową, a nie mieliśmy, taksówka była za droga, a nikt nie chciał pojechać z nami i podzielić się kosztami, bo było już późno i niedługo miało zajść słońce. I niech to zadanie pozostanie zagadką, jak się tam dostaliśmy i jak wróciliśmy, jako że wybrnęliśmy z sytuacji koncertowo. …A jeszcze goręcej zrobiło się w powrotnej drodze, gdy mieliśmy się dostać z lotniska JFK na Newark pod Nowym Jorkiem i mieliśmy tylko 3h na przesiadkę, a źle nas poinformowano o transporcie i skutkiem tego utknęliśmy w autobusie, który miał nas dowieźć za późno. Poprosiliśmy momentalnie o wysiadkę, po czym pojechaliśmy prywatnym samochodem do centrum i stamtąd taksówką, po czym wpadliśmy na terminal 6 minut po odprawie (jakieś 40 min. przed odlotem), gdy na stanowisku naszych linii było już całkiem pusto (jak na całym lotnisku w zasadzie). Matka wisiała na linii Air France i twierdziła, że już po nas, że nie da się już nic zrobić i że musimy kupić następny bilet do Europy. Pracownicy lotniska, którzy nas widzieli, biegających po terminalu, też zgodnie twierdzili, że już po nas, poza tym było wszędzie pusto. I mimo tego znaleźliśmy się w sposób cudowny w samolocie. Oczywiście, ogarnęła nas natychmiastowa euforia, i czuliśmy się tak, że przeżylibyśmy nawet gdyby ten samolot spadł do oceanu – czuliśmy się tak, jakbyśmy razem byli w stanie zrobić zupełnie wszystko. Mój partner jest bardzo dobrym partnerem na co dzień, ale w sytuacjach stresowych, o które w podróży nietrudno, wychodzi jeszcze bardziej, jak dobry ma łeb i jak dobrze potrafi współpracować. Czasami się zastanawiam, skąd się wzięła instytucja podróży poślubnej, musiał to wymyślić ktoś bardzo złośliwy, bo podróżować razem to się powinno przed ślubem przede wszystkim – po to właśnie, żeby wiedzieć, z kim ma się do czynienia. No a ja mam do czynienia z kimś, kto ma naprawdę stalowe nerwy.
Przy okazji, wie ktoś, jakimi algorytmami steruje się ruch lotniczy? Bardzo duży ruch, bardzo dużo parażerów, bardzo dużo informacji, a wszystko to jakoś działa: samoloty się nie zdarzają i nie spadają do morza z powodu braku paliwa, a pasażerowie z grubsza mogą być pewni, że prędzej czy później dolecą na swoim bilecie tam gdzie chcą, chyba że się spóźnią. Zawsze mnie to fascynowało, i nie mam pojęcia, jak to działa.
1.02.2012.
Nie mogę uwierzyć, że już luty… Ten czas tak szybko leci, kiedy się pracuje. Podobno po około dwóch latach człowiek łapie rytm i zaczyna bawić się po godzinach, tym niemniej na razie mam wrażenie, że tylko pracuję i śpię. Na dodatek ciężko skupić się na czymkolwiek, kiedy wokół Ciebie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Na przykład, niedawno doktorantka, która też pracowała w labie, na projekcie eksperymentalnym, nie dostała przedłużenia kontraktu (tutaj kontrakty są na półtora roku z możliwością przedłużenia na kolejne 2.5). To oznacza tyle, że 100% kobiet zostało do tej pory wyeliminowanych z laba, bo oprócz niej była jeszcze jedna pani Postdoc, która też została usunięta. Tamtej kobiety nigdy nie poznałam, bo wyjechała zanim się pojawiłam. Podobno była dziwna i niekompatybilna ze światem, ale skąd mam wiedzieć jak było… W każdym razie ta doktorantka, która ostatnio dostała wypowiedzenie, była całkiem zdolna i naprawdę się starała, projekt po prostu nie wyszedł z przyczyn niezależnych. Dwie kobiety na jakichś dziesięciu pracowników, dwóch pracowników wylatuje i akurat muszą to być te dwie kobiety. 1/(10!/(2!8!)) = 1/45 « 5% szansy. Albo one sobie psychicznie nie radzą, a to całkiem możliwe, czasem jest naprawdę ciężko, albo po prostu kobietom jest ciężej, bo kiedy akurat brakuje pieniędzy na wypłaty dla wszystkich pracowników, wyrzuca się kobietę z przekonaniem że nie będzie dochodzić swoich praw. Nie wiem, jak to było, ale nie czuję się z tym wszystkim najlepiej. Nie wiem, z jakiej racji panuje obiegowa opinia, że w biznesie, w którym jest mało kobiet, kobietom jest łatwiej, bo przecież jest ich mało. Jest dokładnie odwrotnie: kobiety mają dokładnie taką samą zdolność do myślenia jak mężczyźni, więc skoro jest ich w tej dziedzinie nauki kilka razy mniej, oznacza to nic innego jak tylko tyle, że widocznie jest im trudniej. No i tyle. Ze swojej perspektywy mogę sobie co najwyżej obiecać, że będę kiedyś dobrym szefem, i kobietom będzie dobrze w moim labie.
+14.01.2012
Znowu licznik się przekręcił. 26, pora schować się w jakiejś ciemnej jamie i umrzeć. Ale warto byłoby jeszcze przedtem parę rzeczy zrobić.
Na przykład zrobić karierę. Nie jest proste, zwłaszcza jak każdego dnia trzeba zderzać się z różnicami kulturowymi, uprzedzeniami i arogancją. Przez pierwsze trzy miesiące jeszcze jako tako znosiłam fakt, że Holendrzy powielają stereotypy na temat polskiego pijaństwa i skłonności do kradzieży, ale koniec końców zaczęło mnie to uwierać, bo to nic przyjemnego, kiedy zatrudnia Cię ktoś, kto przyjmuje, że jesteś alkoholikiem, nawet jeśli kompletnie Cię nie zna.
Poza tym, praca z facetami ma swoje minusy. Na co dzień są mili, czasem nawet za mili, ale tylko do momentu, w którym nie poczują, że jest się dla nich realnym zagrożeniem, wtedy natychmiast zwierają się w sobie, żeby Ci dokopać. Od początku starałam się zachowywać skromnie i nadganiać ich po cichutku, nie wychylając się za bardzo, bo zaczęłam z niemal zerową wiedzą w dziedzinie, w której teraz siedzę, natomiast kiedy okazało się, że jakoś zaczynam sobie radzić i mam perspektywy, zaczęły się mniej lub bardziej śmiałe próby upychania mnie pod pantofel. Rywalizacja to dobra rzecz, i na razie raczej mi służy niż szkodzi, ale nie zmienia to faktu, że widzę już teraz, jaką destrukcję może przynieść za jakiś czas. Na przykład kiedy przyszłam do laba cztery miesiące temu, Holendrzy jak jeden mąż wychodzili o siedemnastej z pracy i tyle ich było widać, oraz kpili sobie z tych, którzy siedzą dłużej. Teraz można ich spotkać w labie o pierwszej w nocy, i jeszcze się tym chwalą, żeby nie było, że Polak pracuje, na dodatek jakaś dziewczyna krótsza od nich o dwadzieścia parę centymetrów, a oni nie. Na dodatek dość inteligentnie zostawiają dowody swojej bytności w labie ilekroć bywają po godzinach, nawet jeżeli są tu pięć minut, żeby szef na pewno widział ich niebywały wysiłek. Na staminę ciężko mnie przebić, więc tylko się z tego śmieję, ale co będzie za parę miesięcy, jak wszyscy doprowadzimy się do skrajnego zmęczenia tym wyścigiem? Poza tym na początku dawali mi dobre rady, bo wyglądałam na przerażoną wymaganiami, jakie się mi stawia, natomiast kiedy się okazało, że publikuję szybciej od nich, zaczęli komentować, że głupi mają farta. I tak dalej.
Z tego wszystkiego, zaczęłam się jakoś niepokoić przyszłością i w ogóle wszystkim dookoła. A zwłaszcza wtedy, kiedy jestem w Polsce. Ilekroć bywam w Warszawie, Nijmegen jawi mi się jak jakaś mglista, straszna kraina, w której się tylko walczy, i denerwuję się ilekroć pomyślę, jak mało czasu zostało mi do wyjazdu tam. Kiedy jednak tylko postawię nogę na holenderskiej ziemi, wracam do trybu ‘fight’, na szczęście. To wszystko nie brzmi dobrze, bo to znaczy mniej więcej tyle, że nigdy nie jest się zrelaksowanym: albo się walczy, albo się o tej walce myśli, i tak w kółko.
Pewnie jeszcze nie pisałam, co ostatnio właściwie robię w labie. Pisałam niedawno esej o efekcie small-world i sądzę, że to ciekawe samo w sobie. Otóż, odkryto niedawno, że na różnych poziomach ogólności mózg ma strukturę typu small-world, czyli średnia droga między parami wierzchołków w grafie, składającym się ze wszystkich neuronów, jest nieoczekiwanie niska. Podobną strukturę ma graf składający się z hyperlinków w Internecie albo cytowań w nauce, więc jest to w naturze powszechne zjawisko. Korzyści z tego rodzaju struktury są bardzo szerokie, na przykład korzyść energetyczna: aby efektywnie przesyłać informację przez taką sieć, potrzeba optymalnie mało „drutu”. Przekaźnictwo informacji jest też szybkie. Jako że small-world effect odkryto też w sieciach relacji społecznych, takich jak serwisy społecznościowe, jest to szeroki temat do popisu nie tylko dla neuronauk, ale też dla socjologów na przykład. Jak wyobrazimy sobie taką sieć, okaże się, że aby dawała pożądany efekt, niektóre wierzchołki muszą mieć wyraźnie wyższy stopień, czyli więcej wchodzących i wychodzących połączeń niż inne, co w socjologii sprowadza się do tego, że siłą rzeczy, aby społeczeństwo działało optymalnie sprawnie, niektórzy w takiej sieci jak Facebook muszą być bardziej popularni niż inni i koniec, a to z kolei rodzi pytania na temat: jakie są funkcje bycia zamkniętym na innych i skąd się to bierze, bo okazuje się, że posiadanie niewielu kontaktów w stosunku do innych może być pożyteczne dla ogółu. Tym to sobie przynajmniej tłumaczę, że ostatnio w ogóle nie chodze na imprezy :P Ogólnie, poleciłabym ten temat każdemu, kto grzebie w psychologii, socjologii albo po prostu matematyce i szuka pomysłu na jakąś przyjemną pracę licencjacką (nie wiem czy to się nadaje na magisterkę, ale całkiem możliwe).
3.01.2012
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!! Żeby się postanowienia noworoczne choć raz spełniły.
Postanowienia noworoczne to w ogóle ciekawa sprawa: wszyscy to robią, mimo że nikt się nie wywiązuje. To jest chyba ludzka natura, żeby raz w roku zobaczyć siebie w lustrze takim, jakim by się chciało być, a nie takim, jakim się jest. Pomyślałam sobie w tym roku odruchowo, że w końcu nadszedł czas, żeby być idealnym i na to konto na przykład przestać pić colę hektolitrami, ale chwilę potem uśmiechnęłam się do siebie i stwierdziłam, że takie postanowienie nie ma kompletnie sensu, bo nie ma szans, żebym dała radę – cola ma za dużą przewagę plusów nad minusami, tym bardziej, że szkliwo zębowe zdążyłam sobie zrujnować dawno temu, więc co za różnica. Zamiast tego postanowiłam więc wymienić czytanie bzdur na Internecie na czytanie Time’a czy Economist – to się jeszcze może udać, bo łatwo w ten sposób nakarmić potrzebę bycia światłym człowiekiem. Przez Święta miałam się też okazję spotkać z paroma całkiem ambitnymi osobami które znam i kiedy widzę, jak oni szybko idą do przodu, między innymi dzięki nietraceniu czasu na takie bzdury, czuję się w obowiązku coś z tym zrobić.
Poza tym, przez ostatnie dni znalazłam trochę czasu na swoją ulubioną rozrywkę, czyli czytanie biografii. Tym razem padło na Jobsa. Jeszcze nie skończyłam, ale muszę przyznać, że solidnie się rozczarowałam. Kolejny tak zwany wielki umysł, który w życiu myślał tylko o sobie i innych miał za nic. Nie mył się, wyzywał wszystkich naokoło od debili, porzucił dziewczynę, której zrobił dziecko, potrafił okantować w pracy najlepszego kumpla, a rodzicom adopcyjnym, którzy całe życie zbierali pieniądze na jego edukację, nie pozwolił wejść na kampus uczelni, na którą go posłali, mówiąc że się ich wstydzi. Nie wiem, czy w takich okolicznościach chce mi się nadal go podziwiać. Jak byłam mała, wydawało mi się, że geniusz usprawiedliwia wszystko, i że ludzi wyjątkowych powinno się traktować jak jajka, zapewniać im wszystkie wygody, i znosić ich wszystkie wybryki, tak by nie musieli się skupiać na niczym innym poza tworzeniem. Teraz widocznie instynkt macierzyński wziął górę, bo uważam, że komuś, kto jest niegrzeczny, należy zwyczajnie przeprać skórę i niech wie, gdzie jego miejsce. A już zwłaszcza trafiają mnie wszelkie objawy nerdyzmu, z upośledzeniem społecznym na czele, pewnie dlatego, że cierpiałam przez takich ludzi przez całe studia. Poza tym, jeśli o Jobsa chodzi, design jako taki nie jest ludzkości niezbędny, więc nie mam aż tyle szacunku do dokonań na tym polu. Świat by się obył bez niego i tyle.
No i już. Zawsze miałam problem z tym, że ciężko mi było wypracować w sobie autorytety. Nie miałam idoli, których zdjęcia mogłabym powiesić na ścianie, bo albo uważałam, że wiem o danej postaci za mało, albo życiorys mi się po prostu nie podobał. Zachodzę w głowę, dlaczego najczęściej za biografie biorą się ludzie, którzy mają naprawdę nudne życia, albo co gorsza na każdym kroku widać, ile w życiu przegapili z własnej głupoty.
Na szczęście mam autorytety z życia codziennego, i to jest pewnie o wiele ważniejsze. Sąsiedzi z naprzeciwka mogą się okazać o wiele ciekawszymi osobami niż jakiś Jobs, i to pewnie jest nawet dobra wiadomość.
18.12.2011
Co decyduje o sukcesie w nauce? Wciąż zachodzę w głowę. Trzymać rękę na pulsie, mieć szczęście do ludzi a raczej trzymać się tych dobrych i rozumnych, nie porzucać nawet, zdawałoby się, przypadkowych kontaktów, dobrze pisać, dobrze sprzedawać siebie i swoje wyniki, trzymać się dzielnie robienia tego, co się lubi i być w tym nieprzejednanym, mieć konkretny, ale jednocześnie nie nazbyt konkretny cel, dbać o swój organizm, żeby umysł był produktywny. A nade wszystko – mieć charakter zwycięzcy. Chyba tyle.
Zastanawiam się,bo znowu okazuje się, że o sukcesie decyduje, zdawałoby się, przypadek, a kiedy człowiek przyjrzy się pod lupą, jest jednak jakaś prawidłowość. Kiedy przybyłam do Holandii, byłam przerażona ogromem wymagań, które nam stawiają, a przede wszystkim tym, że trzeba mieć cztery publikacje, żeby skończyć program doktorancki, co nie jest wcale proste, jeśli mają to być dobre publikacje. Ostatnio, w wyniku paru zdarzeń, zaczynam mieć poczucie bezpieczeństwa, a nawet przewagi nad kolegami, bo jakoś publikowanie przychodzi mi łatwiej niż im. W międzyczasie okazało się, że pewna publikacja z matematyki, o której nawet nie wierzyłam, że dojdzie do skutku, poszła do recenzji, i to z afiliacją Radboud, czyli taką jak potrzebuję, i na dodatek, co zabawne, ze mną jako pierwszym autorem, co jest dla mnie wręcz nie do uwierzenia, bo według mnie powinnam być trzecia. Na dodatek, projekt, w którym brałam udział przed doktoratem i który, jak sądziłam, jest martwy, został reaktywowany do życia w ostatnich dniach i jest szansa na bardzo dobrą publikację w pierwszoligowym journalu w dziesięć osób, a moje zadanie sprowadza się do napisania może dwóch akapitów tekstu (w sumie, o wiele więcej pracy wykonałam wcześniej, więc należało mi się, ale nie sądziłam mimo wszystko, że się uda). Jednym słowem, z wielkiego zera przez ostatni tydzień zrobiło się prawdopodobne dwa, i to bez żadnego wkładu pracy z mojej strony. To prawdziwy cud, albo właśnie efekt dobrego instynktu, ciężko powiedzieć. Coś mi w każdym razie każe sądzić, że pomimo tego, że programuję wolniej niż inni, mam gorszą pamięć niż inni i nie potrafię tak dobrze prezentować po angielsku jak holenderscy studenci, i tak będę o wiele szybsza w osiągnięciu czegoś, ale kompletnie nie wiem dlaczego, to się po prostu dzieje samo, płynie jak melodia.
Prawdę mówiąc, być może pomagam sobie w tym swoimi nałogami. Na przykład, wszyscy znajomi się ze mnie śmieją, bo mam upodobanie do oglądania beznadziejnych programów typu Tap Madl albo talent show, i to w ilościach znacznych, ale to jest dla mnie akurat ważne, co najmniej z dwóch powodów: po pierwsze, bo kiedy sobie pracuję i klepię w laptopa, a w tle leci sobie talent show, siłą rzeczy co chwilę słyszę aplauz, co bardzo energetyzuje i nastawia pozytywnie do życia i pracy, a po drugie: bo mam okazję zobaczyć, jak wygląda anatomia sukcesu i co decyduje o wygrywaniu, a okazuje się, że talent nie ma tu nic do rzeczy, decyduje tylko to, kto ma najwięcej jaj i jest najbardziej zdeterminowany, co niektórzy ładnie nazywają osobowością. Dzięki temu potem idę do pracy i kiedy ktoś prycha ze zniecierpliwienia, gdy zbyt wolno klepię w komputer, zamiast się denerwować, mam to gdzieś. „A co ty możesz wiedzieć o publikowaniu” – myślę sobie wtedy i uśmiecham się do siebie. Osoby podnoszące rękę na popkulturę też mam gdzieś. Oni po prostu nie rozumieją świata, w którym żyją, i nie widzą jego walorów, bo są gorzcy i zbyt pozbawieni energii, zbyt pozbawieni energii, żeby żyć tym co nowe, zamiast tym co było - cieniem i sentymentem.
3.12.2011
No i poszło. Wyglądał, jakby miał zemdleć, więc szybko się zgodziłam. Swoją drogą, bardzo odważny i uparty chłopak. Z półtora roku temu nie miałam pojęcia, że jeszcze trochę, a nadejdą takie dobre czasy. A jednak opłacało się – nie skakać wtedy z okna.
Wracając do życia zawodowego, wciąż czuję brak kontaktu z opiekunem i ogromny ciężar wiedzy, którą muszę posiąść w krótkim czasie, i choć widzę znaczne postępy, wciąż mi czegoś brak i nie wiem, czy zdążę, bo czas leci. Wczoraj przyszłam na cotygodniowy journal club spóźniona, i mimo to zrozumiałam prezentację raczej w całości, co jest chyba jak do tej pory najbardziej znaczącą oznaką progresu, bo początkowo z tygodnia na tydzień nie rozumiałam nic, mimo że nie spóźniałam się wcale. Nawet więcej, poczułam, że to jest w sumie wszystko banalnie proste, jak już się zacznie układać w całość w głowie, bo na początku obrazowanie aktywności mózgu, biochemia, elektrodynamika, teoria grafów i sieci neuronowych, analiza stabilności układów dynamicznych, mechanizmy uczenia, metody hodowania i stymulowania neuronów, i programowanie sztucznych sieci nie bardzo chcą pasować do siebie, i ciężko jest zrozumieć wypowiedź, która składa się ze swobodnego skakania po powyższych tematach. Powoli się uświadamiam, i teraz przejmuje mnie bardziej, jak skoczyć stąd trochę w stronę kognitywistyki, na przykład decisional neuroscience, a raczej – kogo można do tego przekonać i jak, bo pomysły sama z siebie mam jak zwykle, tylko ludzi, którzy zechcieliby mi udzielić kredytu zaufania jak zwykle brakuje. Dawno nie miałam takiej huśtawki nastrojów jak mam teraz w związku z tym, ale trzeba posuwać się do przodu każdego dnia, choćby małymi kroczkami. Jak powiedziała psycholog, która jeszcze niedawno starała się postawić mnie do pionu, a teraz nie ma już wiele przy mnie do roboty, niektórzy z okazji pierwszej pracy i samodzielności dostają kopa, bo od tej chwili mają dokładnie tyle, ile sobie wywalczą. I mnie to najwyraźniej dotyczy, bo nie potrzebuję już pomocy i z poczuciem, że od tej chwili mogę ze swoim życiem zrobić wszystko, czuję się świetnie. I to jest chyba dobra metoda, kiedy z czyimś życiem dzieje się źle: ryzykować, znaleźć nową pracę, zmienić kraj, zamiast zamknąć się w swojej skorupie. Teraz nie rozumiem, dlaczego tyle czasu przesiedziałam w Warszawie; jedyne, co dobrego z tego wypłynęło, to osoba mojego narzeczonego, którego pewnie nawet bym nie poznała, gdyby nie fakt, że zasiedziałam się na studiach. Poza tym, zero plusów, a przez ostatnie dwa-trzy lata już w ogóle nie rozwijałam swojego potencjału, chodziłam w kółko bez celu, sfrustrowana i z wieczną gorączką ze zmęczenia.
Dopiero teraz wracam do swojej starej dobrej, silnej karmy, którą miałam w wieku 13-14 lat, a potem stopniowo ją traciłam; w sumie późno mi się to udaje, bo mam już ćwierć wieku na karku, ale czuję, że wciąż nie jest za późno, żeby osiągnąć coś w życiu. Jak pamiętam siebie z podstawówki, byłam nie do złamania i nie czułam niczego takiego jak lęk albo pragnienie dogodzenia innym swoją osobą. Jak daleko moja pamięć sięga, wiecznie miałam najwyższą średnią w liczącej ponad tysiąc uczniów szkole, na dodatek nosiłam okulary i aparat na zębach, a osiedle, na którym mieszkałam, było ultra dresiarskie, kolebka polskiego hiphopu, więc nietrudno sobie wyobrazić, że budziłam ogromną niechęć swojego szkolnego otoczenia, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się tym martwić, a wręcz odwrotnie: poczucie że może znowu dostanę śnieżką z kamieniem w środku albo że cała klasa zacznie skandować, żeby wstawić mi jedynkę, jeśli nie będę znała odpowiedzi na jakieś pytanie przy odpowiedzi, powodowało, że czułam niebywałe podniecenie wychodząc rano z domu. Znajomi rodziców i dalsza rodzina, którzy czasem przypatrywali się naszej rodzinie, zachodzili w głowę, jak mogę w ogóle lubić takie życie, ale owszem – lubiłam je bardzo. Po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym narzekać, albo przed kimś się ugiąć i zacząć zachowywać się jak koledzy, żeby pozyskać ich akceptację. Wręcz przeciwnie, uważałam, że skoro mnie nie lubią mimo że jestem dla nich uprzejma, pewnie mają powód, czyli muszę mieć coś, czego oni nie mają. Więc się nigdy nie ugięłam, nigdy nie zaczęłam ściągać, dawać ściągać, kląć, wagarować, pić alkohol czy co tam jeszcze by mnie awansowało w oczach innych, po prostu robiłam swoje.
Potem niestety, w szkole średniej począwszy, a na studiach to już zwłaszcza, stawałam się coraz bardziej zależna od opinii innych, moje poczucie własnej wartości spadało z czasem coraz bardziej, wraz z tym zdrowie, a wraz z tym wyniki, i spirala śmierci sama się nakręcała. Jak tak patrzę w lustro teraz, zastanawiam się: gdzieś ty była przez ponad dekadę? Na szczęście ktoś mnie z tego wyciągnął końcu i mogę po jedenastu latach zacząć dorastanie od początku. Z niezmiennie tą samą postawą: możecie mi naskoczyć.
15.11.2011
A dziś mam do powiedzenia, że nie sądziłam, że tutaj, tysiąc kilometrów raptem od Warszawy, życie naukowe różni się aż tak bardzo. Kiedy patrzę na prezentacje labowe kolegów, mam wrażenie, że priorytety są zupełnie inne. W nie tak odległej Polsce, kiedy referowało się jakiś artykuł, wyłuskiwało się z niego najważniejsze formuły matematyczne i wypisywało na tablicy, po czym tłumaczyło ich sens i kolejne przejścia. Tutaj robi się dokładnie odwrotnie – trzeba ominąć całą matematykę, skupić się na sensie artykułu, wrzucić do prezentacji wszystkie najładniejsze rysunki z papieru, a najlepiej zrobić z tego wielkie show i rzucać żartami co drugi zdanie, oczywiście płynnie po angielsku. A matematykę przemilczeć i udać, że wyparowała. Myślałam, że nauka jest wszędzie jedna, a kultura różna, a jest dokładnie odwrotnie – kultura jest dokładnie taka sama: ogląda się te same filmy co Holendrzy, śmiejemy się z tych samych żartów, jemy te same jogurty i pijemy tą samą cholerną colę. Nawet chleb, o zgrozo, smakuje tak samo. Właściwie czuję się bardziej w domu niż w domu. Natomiast nauka to inna para kaloszy, zupełnie.
Na domiar złego trzeba stawić czoła problemom całkiem nowym i niespodziewanym. Na studiach miałam na przykład bardzo dużo przestrzeni osobistej, wręcz nie mogłam się otaczać przyjaciółmi, bo wciąż rozłazili się po różnych wydziałach i przedmiotach, a kiedy kogoś nie lubiłam, mogłam po prostu tą osobę ominąć szerokim łukiem, i miałam ku temu mnóstwo środków. Nawet nie doceniałam tego faktu, ale teraz, kiedy siedzę w klaustrofobicznym labie, w którym jest tylko dwóch postdoców i dwóch doktorantów, nie jest już tak różowo. Tym niemniej, wiem, że jestem na tych ludzi skazana, a jeśli z którymś się znielubimy, nie będę mogła po prostu zamienić pokoju na inny. Początkowo, polubiliśmy się wszyscy bardzo, chadzaliśmy razem na lunche i tak dalej, a potem z jednym z postdoców miałam mały światopoglądowy zgrzyt i wtedy dotarło do mnie, że stąpam po śliskim lodzie. Na szczęście po cichym tygodniu w labie sytuację udało się jakoś załagodzić i już jest po staremu, ale uderzyło mnie, jak bardzo teraz muszę dbać o relacje, i jak bardzo akceptować inności i różnice. I nigdy już nie będę czuła się do końca swobodnie. A pokój mam iście międzynarodowy, bo jeden Holender, jeden Kolumbijczyk i jeden Algierczyk.
Inna sprawa, że zmieniłam się też na lepsze. Kiedy byłam w Polsce w ten weekend, podskoczyłam do psycholog, która jeszcze niedawno bezskutecznie usiłowała mnie postawić na nogi. Nagle okazało się, że mimo zmęczenia i mnóstwa problemów mam całkiem dobry nastrój i sporo satysfakcji w głosie. Jak mi powiedziała, niektórym przejście na własne utrzymanie i świadomość, że są niezależni i że ich życie zależy tylko od nich, daje niezłego kopa. Istotnie, mnie dało. Uda się, to będę miała fajną pracę, nie uda się – to trudno, zostanę kelnerką albo kwiaciarką, albo kimś całkiem innym. Albo zmienię szefa, albo jeszcze nie wiem co. A może będzie mi się podobało i będę dokonywać wielkich rzeczy. Zobaczymy. Przynajmniej nie muszę już jeździć do domu na święta i prosić rodziców co miesiąc o pieniądze. W ogóle, nic nie muszę, od teraz robię tylko to, co chcę.
6.11.2011
Po dwóch ponad miesiącach od przyjazdu tutaj muszę powiedzieć, że mam wodę z mózgu. Jest to między innymi rezultat dwudniowych warsztatów dla nowych doktorantów, w których wzięłam udział w tym tygodniu. Trzeba przyznać, że impreza była przygotowana bardzo profesjonalnie, włącznie ze specjalnymi warsztatami z dziedziny planowania doktoratu, które zapewne w założeniu miały nam pomóc, ale to właśnie te warsztaty spowodowały, że dostałam gęsiej skórki.
Po pierwsze, poinformowano nas bowiem, że w Donders jedynie 10% doktorantów kończy swój projekt w terminie, a ponieważ są przynajmniej trzy powody, dla których nader opłaca się skończyć o czasie:
1)Nagroda za skończenie w terminie, bagatela, 15,000 euro,
2)konieczność pracy za darmo po upływie 4 lat,
3)regulaminowy zakaz przyjmowania na Postdoc w Donders tych doktorantów, którzy nie ukończyli w terminie,
tym bardziej dziwne, jak to możliwe, że większość studentów nie daje rady. Może to być spowodowane kilkoma czynnikami. Mój projekt jest teoretyczny, i to zarówno dobrze, jak i źle. Dobrze, bo nie muszę czekać na robotę innych w zespole, z tego prostego powodu, że w zespole nie pracuję, a poza tym nie muszę odwalać całej tej papierkowej roboty i czekać na pozwolenia na eksperymenty (podczas gdy proces samej akceptacji eksperymentu przez komisje etyczne trwa w Holandii przeciętnie 2-3 miesiące), i nie muszę czekać na sprzęt (w Donders bywa, że na niektóre przyrządy czeka się w kolejce i pół roku), a niedobrze, bo żeby coś opublikować, trzeba naprawdę coś odkryć albo przynajmniej stworzyć przekonujący model dla czegoś (podczas gdy doświadczalnicy mogą po prostu zaprojektować jakiś behawioralny eksperyment, przeprowadzić go, a potem opisać i już), poza tym w naukach teoretycznych na starcie trzeba przyswoić bardzo dużo wiedzy, a to trwa, poza tym proces recenzji i publikacji trwa dłużej. Trudno więc ocenić, czy ten wymóg, aby dla dopuszczenia do obrony doktoratu mieć przynajmniej 4 publikacje (i to jako pierwszy autor!) w czasopismach o IF co najmniej 2 jest trudniejszy dla „nas” czy dla „nich”. W gruncie rzeczy jest to loteria, a to, czy student zdąży, zależy w dużej mierze od kontaktu z opiekunem, a nie od tego, czy temat jest chodliwy w nauce, albo czy da się szybko robić postępy, czy też z jakichś powodów są trudności. I tu się zaczynają schody, bo mój opiekun jest nadambitny i obawiam się, że ta ambicja będzie szkodzić mi, bo będzie dążył do tego, żeby raczej mieć jedną czy dwie publikacje ze mną w dobrym czasopiśmie niż cztery w średnich, a to mi uniemożliwi skończenie o czasie. Możliwe, że będzie inaczej, że będzie pracować się razem świetnie, tym niemniej niepokoi mnie bardzo to, co widziałam w labie do tej pory. I naprawdę nie wiem, co z tym z robić, bo największa obawa jest taka, że w efekcie szarpania się o każdy swój pomysł przez cztery lata zniechęcę się kompletnie do uprawiania nauki, do której, jak przynajmniej czuję, mam potencjał. I dlatego właśnie mam kompletny mętlik w głowie, bo czas leci.
Za to poza całą tą niepewnością, jest naprawdę przyjemnie. Tutejszy uniwersytet ma swoje tajemnice, i właśnie zaczynam je odkrywać. Tydzień temu pojechaliśmy z chłopakiem pomóc koledze z mojego laba przeprowadzić się z przyuniwersyteckiego guest house do wynajętego domu, i kiedy objeżdżaliśmy samochodem tyły budynku, w którym pracuję, szczęka mi opadła, bo siedzę tu od dwóch miesięcy, mam okna od ulicy i nikt mi nie powiedział, że na tyłach budynku jest… jezioro, pięknie wieczorem oświetlone, oraz figury z kamienia, fontanny i wszelkie inne bajery. Mało tego, pod jeziorem znajduje się lab NMR. Postawiłam sobie za punkt honoru odwiedzić pewnego dnia tego laba. To musi być niesamowite – pracować pod jeziorem, i to w środku miasta, żeby było śmieszniej.
Poza tym, początkowo zdziwiłam się, że fundusze na konferencje i warsztaty dla doktorantów są względnie niewielkie, pozwalają na jakiś jeden wyjazd rocznie (bez kombinowania, bo przecież zdolny mismapowiec zawsze zakombinuje sobie ten, żeby było więcej ), ale potem doszłam do wniosku, że przyczyna tego jest bardzo prosta: po co wyjeżdżać, skoro cały świat przyjeżdża tutaj. Praktycznie tydzień w tydzień autorzy najlepszych podręczników do neuroscience, nobliści i inni zasłużeni dają tu odczyty, miesiąc w miesiąc odbywają się pomniejsze, lokalne konferencje, i tak dalej – można spotkać ludzi z całego globu bez ruszania się z miasta, nie mówiąc już o tym, że sporo wybitnych tu zwyczajnie pracuje i można po prostu do nich zapukać.
A swoją drogą, a propos tych wybitnych, ostatnio reprezentantka Donders dostała ignobla w dziedzinie fizjologii za badania nad ziewaniem u żółwi i publikację, w której wykazała, że u żółwi, inaczej niż u ludzi, ziewanie nie jest zaraźliwe. Jak się dostaje coś takiego, pewnie nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, tym niemniej prasa na całym świecie to łyka, więc jest to jakiś prestiż. Nawet kiedyś napisałam do tej pani z pytaniem, czy nie ma miejsca w swoim labie dla doktoranta z Polski, ale akurat nie miała żadnych grantów doktoranckich. A szkoda, miałabym szefową z ignoblem. Otarłam się o absolut, ech.
Inna sprawa, że wielkość bywa tu niedoceniana. Zasady zasadami i jeśli ktoś nie jest w stanie wypełnić swoich obowiązków, po prostu się go usuwa. W ten sposób Donders pozbył się więc na przykład fizyka, który był świetnym naukowcem, ale fatalnym pedagogiem, a ponieważ u tutejszych profesorów uczenie stanowi 40% kontraktu, wypowiedziano mu umowę. Wyruszył więc do Wielkiej Brytanii, a za research, którego dokonał tutaj, niewiele później dostał Nobla. Dziekan do dziś pluje sobie w brodę, ale nic już nie można z tym zrobić – Nobel trafił do Anglików.
Swoją drogą, a propos Wielkiej Brytanii, wpadłam ostatnio na szatański pomysł, by wygooglać własne nazwisko, i sprawdzić, czy nie mam czasem w sieci jakichś niepotrzebnych kont, typu MySpace, i czy nie trzeba po sobie posprzątać w sieci. No i natknęłam się na stronę wydziału informatyki Uniwersytetu w Edynburgu, a raczej na moją prywatną, pracowniczą stronę. To ciekawe, dowiedzieć się, że od paru miesięcy piastuję tam stanowisko doktoranta. Zastanawiam się nad wysłaniem im numeru konta; skoro są tak niezorganizowani, może zapłacą. Właściwie, to by chyba nawet nie było przestępstwo, w końcu przyjęcie darowizny przestępstwem nie jest.
A tak już na sam koniec, mam paskudny sentyment do ojczystej ziemi i słucham często w pracy polskiego radia, no i doszło moich uszu, że i w Polsce jest głośno o historii prof. Stapela z Uniwersytetu w Tilburgu, o którym tutaj, w Holandii, mówią wszyscy. Stapel dorabiał fałszywe dane do eksperymentów socjologicznych, co jest o tyle głupie, że w socjologii da się dowieść każdej hipotezy badawczej zadając badanym odpowiednio sugestywne pytania, więc żeby oszukiwać w ten sposób, trzeba być naprawdę głupim albo naprawdę leniwym. Tym niemniej ten oto uznany naukowiec przez lata fabrykował dane, licząc na to, że nikt się nie wgłębi w realność wyników. Między innymi z tej okazji mieliśmy cały wykład poświęcony tak zwanemu scientific integrity na owych wspomnianych warsztatach dla doktorantów. Temat jest trudny, bo kiedy zauważy się, że ktoś inny w zespole sfabrykował dane, a artykuł już się ukazał, nie ma dobrego wyjścia – można wybrać tylko pomiędzy złem, jakim jest zakablowanie (i idące za tym represje, takie jak niechęć ze strony szefa i kolegów) a złem, jakim jest przemilczenie sprawy (i idące za tym konsekwencje, jak plama na karierze, jeśli oszustwo kiedykolwiek się wyda). Warto wiedzieć, że w tej chwili już na każdej szanującej się uczelni jest biuro, które zajmuje się przyjmowaniem i drobiazgowym sprawdzaniem takich zgłoszeń, można zgłosić tam sprawę anonimowo, i pozostać anonimowym aż do momentu, w którym potwierdzi się, że oszustwo faktycznie miało miejsce. Poinstruowano nas, co robić i do kogo pójść w takim momencie. Nawet się dotąd nie zastanawiałam, co się robi w takim przypadku, ale na pewno jest to pożyteczna wiedza, bo ludzi gotowych na wszystko, żeby zrobić karierę, jest wszędzie pełno, i fakt, że nie robimy w show biznesie to jeszcze nie gwarancja, że nie dostanie się nożem w plecy.
21.10.2011
Dzisiaj na smutno. Po dwóch miesiącach powoli zaczynam na własnej skórze czuć to, o czym mówią tutaj wszyscy obcokrajowcy: podział, jaki Holendrzy robią wśród swoich znajomych, to jest na współpracowników i przyjaciół. To sprawia, że ciężko jest się zaprzyjaźnić, a obiecałam sobie, że nigdy już nie będę się poniżać do chodzenia po klubach w nadziei że kogoś poznam. Po sześciu latach samotności na studiach mam do tego tak głęboki uraz, że nie będę chodzić po mieście i poznawać przypadkowych osób, choćbym miała przez to tkwić w tym mieście sama jak palec.
Miałam w międzyczasie jakiś przebłysk nadziei, gdy kolega Holender zaprosił mnie na swoje urodziny… po czym okazało się, że wszyscy zaproszeni są obcokrajowcami, bo to ma dla niego „educational value”. Skończony nerd.
I w dniu dzisiejszym poczułam po raz pierwszy, że życie na emigracji nie jest zbyt proste. Problemy z zakwaterowaniem czy problemy w pracy to jedna sprawa, ale poczucie, że jest się obcym to zupełnie coś innego. Pracuję tutaj, a nie utrzymuję się z socjala, a jednak czuję, że wszystko wokół nie jest po prostu dedykowane dla mnie. W agencjach pośrednictwa pokoje przyznawane są w pierwszej kolejności Holendrom mimo że płacę tą samą składkę, Holendrzy są szybciej obsługiwani w biurach różnej maści, różne oficjalne papiery, nawet na uczelni, są wydawane tylko po holendersku mimo że połowa pracowników jest z zagranicy.
I w sumie tyle. Niektórzy chyba skazani są na samotność, takie odnoszę wrażenie…
Powinnam się tu chyba rozpisać jeszcze o wszystkim, co w międzyczasie widziałam, o konferencjach, spotkaniach, prezentacjach, możliwościach i tak dalej, ale w sumie opadają mi ręce, więc nie mam nawet na to ochoty. Nigdy nie miałam wielu przyjaciół, ale jak dotąd z wyboru, podczas gdy tutaj tego wyboru mi się nie daje. Może mam tylko zły dzień i jutro będzie lepiej, ale i tak… Czuję się trochę nabrana, bo Holandia jest wcale nie tak otwarta jak od małego sądziłam. A może to kwestia znerdziałego środowiska, które generalnie nie nawiązuje więzi między sobą. Ciężko.
11.10.2011
Dziś akurat przyjemniejszy dzień w pracy, wróciłam do roboty po trzydniowym pobycie w Polsce i okazało się, że pół laba jest przejęte moją sytuacją mieszkaniową. Dodam, że za cztery dni mam się wynieść z obecnie zajmowanego pokoju pod groźbą wymiany zamków, a od samego początku szukam czegoś innego całkiem intensywnie, przez agencje i znajomych, i nic jeszcze nie znalazłam. Podejrzewam, że wszyscy wokół są bardziej zaaferowani niż ja sama, bo owszem, stresuję się bardzo, ale znam już zbyt dobrze tą historię: budzę się na chwilę ostatnią z pomysłem, który okazuje się dobry, albo ktoś mnie na chwilę ostatnią ratuje. Jednym słowem, zawsze i tak jakoś spadam na cztery łapy.
A w czasie mojej ostatniej podróży do Polski poznałam w drodze przypadku, jak to zwykle w podróży bywa, kilkoro przypadkowych ludzi. Otóż spałam sobie smacznie na dworcu w Eindhoven, jako że nic nocą w Holandii nie jeździ i nie mogłam się nijak dostać na rano na lotnisko, kiedy nagle podeszło do mnie troje ludzi, Hiszpanka i dwoje Kanadyjczyków, z pytaniem, czy nie zrzucę się na taksówkę na lotnisko. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, wciąż mieliśmy po półtorej godziny co najmniej do swoich lotów, więc pogadaliśmy trochę, i mogłam się dowiedzieć, jakie wrażenia o Holendrach ma Hiszpanka żyjąca na miejscu od ponad 10 lat ze względu na kiepską koniunkturę na rynku pracy w rodzimych stronach. Powiedziała jedną ważną rzecz: że Holendrzy wyznają zasadę „behave normally, since it is already too crazy”. Istotnie, są powściągliwi, ale teraz przynajmniej znam stojącą za tym ideologię. Poza tym, to istotnie kraj otwartych okien, ale zamkniętych drzwi, w którym można się poczuć naprawdę samotnym. No cóż, ja się trochę czuję samotnie, a trochę nie, to jest kiedy jestem w Polsce, jawi mi się to wszystko jak wielka szara nieciekawa plama, do której nie chcę wracać, ale kiedy wracam, widzę przebłyski dobroci w tej wielkiej fali problemów, na które natrafiłam.
Na przykład, takim przebłyskiem jest to, co odkryłam na temat Holendrów. Otóż trzeba wiedzieć, jak do nich trafić. Zauważam taką prawidłowość, że im cichszy naród, tym głębszy, i Holendrzy są chyba jednymi z tych, którzy rzadko rozmawiają, ale jeśli już, to o ważnych rzeczach. Niedawno spotkałam się z panią z biura personalnego, do której miałam parę pytań. Między innymi spędzało mi sen z powiek, czy w ogóle wolno mi chodzić po wydziale w sukienkach, bo nikt inny nie chodzi, a ja mam ich ze sobą całą szafę. Okazało się, że wolno mi, pewnie, a reszta nie chodzi, bo jest znerdziała i tyle. Po czym, po tym, jak już porozmawiałyśmy o ubraniach, kobiecości, o tym, co wolno a czego nie, pani z biura ni z tego ni z owego zaczęła mówić o swoich lękach. I tak przesiedziałam tam półtorej godziny, dowiadując się między innymi tego, że miałyśmy podobne traumatyczne przeżycie z dzieciństwa związane z utratą przyjaciółki w wyniku morderstwa, z tym że mnie to nie wyrządziło szkody w dorosłości, a mojej rozmówczyni – owszem, do dzisiaj boi się ciemności i wyludnionych miejsc, co owocuje na przykład lękiem przed przemieszczaniem się czymkolwiek innym niż samochód, z rowerem i własnymi nogami włącznie. I od tego momentu nauczyłam się, że Holendrzy szybko przechodzą w rozmowie do prywatnych spraw i wcale nie są tacy skryci, o ile jest się spokojnym w obyciu i robi się to samo co oni. Od tego czasu zaczęłam też robić za lokalną osobliwość w postaci labowego psychologa, któremu w rozmowach na korytarzu ludzie mówią o swoich lękach, depresjach, marzeniach, problemach. Kiedy pojawia się osoba trzecia, od razu zmieniają ton, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem coś dla nich warta.
Poza tym, zmieniając temat, chciałabym jeszcze wyrazić swój żal z powodu śmierci Steve’a Jobsa. Zasłużył sobie na długą i spokojną starość, ale niestety nie dane Mu było. Poprzednio wspominałam o thelemie, a Jobs był thelemity świetnym przykładem. Widział sens w każdej porażce, wszelkie potknięcia obracał na swoją korzyść, kierował się zasadą, by robić w życiu to, do czego ma się pasję i do czego czuje się prawdziwe powołanie, i nigdy nie godzić się na robienie czegoś, co jest człowiekowi obojętne. Nic nie potrafiło Go złamać, żadna porażka, a i siedmioletnia walka z rakiem trzustki sama w sobie była cudem, bo zazwyczaj ludzie kończą się przy tym w miesiąc.
24.09.2011
Tak, kryzys nie minął, nawet się pogłębia. Nawet nie chodzi o to, że grupa jest competitive, tylko że opiekun mimo najlepszych chęci nie ma instynktu do menadżerowania. Kiedy w końcu przestanę cierpieć przez takich ludzi… Nie dał w ogóle czasu na przekwalifikowanie się, a do tego dał zadanie, którego nikt nie był w stanie rozwiązać przede mną i spodziewa się jak najszybszych wyników. Do tego komentowanie wszystkiego, co uda mi się jednak zrobić, określeniem „oczywiste”, bynajmniej nie jest motywujące. Jak jedna osoba siedzi w czymś dziesięć lat, a druga dwa tygodnie, traktowanie jej w ten sposób jest więcej niż zniechęcające. Miesiąc nie minął, a ja już zastanawiam się, czy nie rzucić tej roboty, bo mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, o co jestem proszona, mimo że siedzę w pracy najdłużej ze wszystkich, i chodzę do pracy zestresowana. A jak jestem zestresowana, tracę płynność w posługiwaniu się angielskim, zaczynam się zacinać i robi się jeszcze bardziej nieciekawie. No ale nie wolno się za szybko poddawać, podobno.
W każdym razie, patrząc na dobre strony sytuacji, mogę stwierdzić, że udali mi się koledzy z pracy. Wszyscy są uśmiechnięci i pomocni, i empatyczni w tym sensie, że nie dadzą mi samej jeść lunch albo wałęsać się bez celu, sami uśmiechają się i zaczynają pogawędkę, zwłaszcza kiedy widzą, że coś jest nie tak. Poza tym wydaje mi się, że Holendrzy mają sposób myślenia zbliżony do mojego, dużo bardziej niż Polacy. Nigdy się równie często nie łapałam na tym, że ktoś wyjmuje mi słowa z ust jak teraz. Poczucie humoru też mają zgoła podobne.
Poza tym mam swoje pierwsze spostrzeżenia. Na przykład, w Polsce przywiązywało się znacznie większą wagę do formy prezentacji materiału niż tutaj. Odnoszę nawet wrażenie, że tutaj jest w modzie pokazywać na slajdach gołe wzory i wykresy na białym tle, w maksymalnie uproszczony sposób i w maksymalnie niewielkiej liczbie. W Polsce pokutuje takie popisywanie się, skupianie się na formie, a nie treści, zresztą nie tylko w Polsce, bo w Stanach widziałam to samo. Ciekawe, zupełnie inne podejście do prezentowania się.
A jeśli chodzi o mieszkanie, mój przykład dowodzi, że niektórzy ludzie po prostu nie powinni czytać niektórych książek. Po tym, jak przeczytałam tą nieszczęsną biografię, i przekonałam się przy okazji, że niektórzy ludzie reprezentują podobnie gniewne poglądy do moich, ani trochę się nie waham walczyć o swoje. W ten czwartek pojechałam do biura, zajmującego się sprawdzaniem uczciwości kontraktów mieszkaniowych i… wytoczyłam sprawę swojej land lady, a właściwie to nawet dwie sprawy: jedną o to, że w kontrakcie były błędy rzeczowe i zapisy, których nie powinno zgodnie z prawem tam być, mniejsza o szczegóły, a drugą o zawyżony i bezprawny czynsz. Jak wracałam, miałam na buzi rogala od ucha do ucha. Potem zastanawiałam się, czy ja to ja; jeszcze niedawno sądy i przepisy wydawały mi się odległe i straszne, a teraz pozwałam kogoś osobiście, i jeszcze jest mi z tego powodu nader wesoło.
14.09.2011
Następna porcja wrażeń z doktoratu, oczywiście na szybko: jedną z pierwszych rzeczy, którym musiałam stawić czoła, było legendarne holenderskie skąpstwo. Kobieta, która wynajęła mi pokój, nie wyremontowała go, do czego się zobowiązała, i dała mi mniejszy, stary, ciemny i cuchnący, po czym zażądała pełnego czynszu. Okazało się, że pośrednicząca agencja nie chce mi pomóc, więc zamiast przejmować się swoim projektem doktoranckim, chodzę po pokojach i agencjach pośrednictwa, usiłując coś dla siebie znaleźć, a mam na to tylko miesiąc, bo tyle trwa wypowiedzenie, które złożyła mi kobieta. Jakoś podskórnie czuję, że wybrnę z tego, i wymanewruję na coś lepszego niż bym sobie mogła w tej chwili zamarzyć, ale na razie rozwiązanie problemu się nie ukazało.
Swoją drogą, robiłam jakiś czas temu kurs Young MBA na SGH, i nauczono mnie tam, że kiedy się wchodzi na rynek, pozycja przetargowa Twoich kontrahentów jest równie ważna co inne aspekty, jak wielkość tortu do podziału z konkurencyjnymi firmami, bariery wejścia i wyjścia, itd. Na przykład, jeśli Twoi dostawcy mogą Ci dyktować dowolne ceny, bo są monopolistami, to jesteś, że tak powiem, w czarnej dupie. I tak jest z mieszkaniami w Nijmegen – 20,000 studentów miejscowego uniwersytetu to prawdziwy kurnik dla lisiej hałastry złożonej głównie z podstarzałych holenderskich landladies, które pozwalają sobie dyktować dowolne ceny, dla tych swoich zapyziałych, koszmarnych pokoi.
W takich chwilach, należy pomyśleć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, należy pomyśleć, że zapis o tym jakie się miało ciężkie dzieciństwo i młodość będzie dobrze wyglądał w biografii. Po drugie zaś, jak w każdych trudnych momentach, dobrze sobie przypomnieć wielkich duchem i ciałem, którzy, zanim odnieśli jakiś życiowy sukces, egzystowali w nie mniejszym chlewie. W ogóle, dobrze jest czytać biografie, bo kształcą. Na przykład, do niedawna sądziłam, że w języku angielskim jest tylko jedno brzydkie słowo, ale od kiedy przeczytałam biografię Brocka Lesnara, wiem, że jest ich z siedemdziesiąt. Ale wracając do rzeczy, rzeczonemu zawodnikowi zdarzało się na przykład z braku dachu nad głową mieszkać u kogoś kątem na strychu, razem z gołębiami i ich odchodami. Innym wielkim też się zdarzało, ale ze względów osobistych, solidaryzuję się głównie z tymi, którzy też są kobietami, które prowadzają się z młodszymi albo mężczyznami, którzy prowadzają się ze starszymi.
Ogólnie, nie jest tu łatwo, bo Computational Neuroscience w Polsce nie istnieje, a trafiłam w samo serce produkcji w tej dziedzinie w Europie. To daje dziwne uczucie słuchania dwóch języków obcych w jednej chwili, bo nie rozumiem w całości ani języka, ani treści. Muszę szybko gonić peleton, więc wychodzę z laba jako ostatnia, a w toalecie położyłam sobie książkę „Neurobiologia na tropie świadomości” Christofa Kocha, żeby nie tracić czasu. Swoją drogą, ciekawa książka.
Poza tym wszystkim, i o dziwo pomimo deszczu, na ogół miewam dobry humor. Chudnę w oczach, bo jadam obiady o jedenastej w nocy, wcześniej nie mam czasu; mam też kupę zajęć, bo przede mną egzamin na certyfikat yMBA, muszę poprawiać publikację z matematyki w wolnych chwilach, i to na czas, ciągnie mi się magisterka z fizyki, i sporo czasu spędzam na podróżach do chłopaka do Polski i z powrotem. Ale coś mi mówi, że mimo wszystkich trudności, dobrze wybrałam.
W ogóle, filozoficznie, zaczynam dryfować w stronę thelemy, która już zresztą została uznana przez władze Wielkiej Brytanii za wyznanie, więc można traktować ją całkiem poważnie. Mówi ona tyle, że należy iść za czymś, co jest nazywane prawdziwą wolą, i co jest powinnością każdego człowieka, wynika z jego talentów, przeznaczenia i tak dalej, i że cierpienie na świecie spowodowane jest tym, że ludzie wchodzą sobie w drogę, nie podążając za własną wolą. Czasami mam wrażenie, że to prawda – jak tylko macham ręką i mówię sobie „jakoś to będzie”, istotnie jest całkiem dobrze, a dobre okazje spadają mi z nieba same z siebie. Gorzej gdy walę głową w mur i upieram się przy czymś, co mi nie wychodzi, to czasem kończy się prawdziwymi dramatami. Dlatego przestałam się upierać przy tym, żeby pójść na jakiś doświadczalny projekt, skoro wszystko na niebie i ziemi mówiło mi, że nie jest mi to pisane. Waliłam głową w mur jak diabli, bo środowisko ludzi, którzy się tym zajmują, jest dość hermetyczne, więc nikt nie chciał w ciemno wziąć do laba studenta, którego nie znał, a kiedy już znalazł się jakis amerykański profesor, który sprawiał wrażenie, jakby wystawił do sieci uczciwą ofertę nie pod konkretną osobę, a temat był dla mnie jak z nieba, bo traktował o ‘Social Decision Making’, okazało się w ostatniej chwili, że… nie zadziałała skrzynka pocztowa, do której należało przysyłać aplikacje i utknęły w systemie, więc rekrutację przeniesiono dopiero na wiosnę 2012. A czułam, że miałam duże szanse, naprawdę.
Tak też zaczęłam nową drogę życia i zobaczymy, dokąd mnie zaprowadzi. Jak to mówią, lab jest competitive, więc muszę się naprawdę spiąć, żeby dać radę, no ale od czegoś trzeba zacząć. Zacznę od szukania dachu nad głową.
30.08.2011
Będzie niedługo, bo jestem w rozjazdach i mam sporo pracy… Pierwsze kroki w Holandii są niełatwe, bo, jak wiadomo, własne zarobione pieniądze wydaje się trudniej niż cudze tudzież rodzicielskie, więc kombinuję, jak tu żyć ekonomicznie, choć teoretycznie za swoją pensję wcale nie muszę. Na razie dostałam pokój w starym, zapyziałym domu w centrum, kompletnie niewart swojej ceny i myślę nad tym, jak by go tu zamienić na inny, tańszy. Poza tym, dziedzina, w którą weszłam, jest dla mnie nowa, a opiekun jest młody, ambitny i właśnie wrócił z Harvardu, więc i ode mnie czegoś wymaga. Miasteczko jest typowo studenckie, więc wszyscy wokół imprezują, palą skręty i zażywają chilloutu w licznych klubach, podczas gdy ja zasuwam, chcąc zrobić nienajgorsze wrażenie. Na dodatek, pomimo że marzę o kognitywistyce, na razie postawiłam na sieci neuronowe jako na gruntowną wiedzę, a doświadczenia na ludziach i nad ludzką percepcją planuję robić w swoim czasie i z doskoku, co też nie będzie łatwe, bo nikt mi za nadgodziny nie zapłaci. Trafiłam też na wyjątkowo deszczowe, zimne lato i od razu się pochorowałam. Na dodatek dzisiaj odjechał w siną dal mój kochany chłopak i odtąd będziemy widywać się w realu raczej z rzadka, co mnie bardzo boli. W wyniku tego wszystkiego, już po paru dniach nastąpił pierwszy kryzys, ale staram się nie panikować mimo wszystko i jakoś się trzymać. W końcu to miasto daje duże możliwości, mój kontrakt jest bardzo korzystny, a przy odrobinie starań projekt będzie więcej niż owocny. Kiedy widzę, jak studenci wokół się obijają, myślę sobie, że łatwo będzie wyróżnić się z tłumu, a w wypadku tak licznie obleganej dziedziny jak neuroscience to chyba się liczy.
No ale początki są trudne, jak zwykle. Jedno tylko, co się nie zmieniło, to poczucie izolacji. W Warszawie je miałam, i tutaj jest podobnie, na dodatek wrosłam w to na tyle, że już mi się nie chce niczego zmieniać. Ludzie do mnie zagadują na ulicy, wyciągają na obiady, a mnie się już nie chce, chcę po prostu robić swoje i być sama. Czas imprez chyba już po prostu minął.
15.08.2011
Ostatnio dochodzą do mnie niepokojące sygnały ze strony różnej maśc filozofów nauki, bo tylko tak to można nazwać, którzy to wątpią w dalszą ewolucję gatunku ludzkiego, a przynajmniej – w ewolucję pod względem inteligencji.
Według Simona Laughlina, profesora neurobiologii Uniwersytetu Cambridge, dalszy rozrost ludzkiego mózgu wymagałby takiego zwiększenia zapotrzebowania na energię, że byłoby to zupełnie nieopłacalne dla istoty ludzkiej, bo drastycznie ograniczyłoby wydajność reszty ludzkiego ciała.
Opinia ta wydaje się być zasadna na pierwszy rzut oka, ale wręcz natychmiast nasuwa mi się kilka kontrargumentów:
1. Czy większe koniecznie znaczy lepsze? Każde dziecko szkolne zna słynną anegdotę dotyczącą mózgu Alberta Einsteina, który masą nie dorównywał przeciętnemu męskiemu mózgowi. A jednak było w nim coś wyjątkowego. Poza tym, kobiece mózgi są ogólnie rzecz biorąc mniejsze, a funkcjonują równie dobrze jak męskie, są tylko odrobinę inaczej wyspecjalizowane. A więc da się ulepić lepiej mózg przeciętnego rozmiaru, trzeba tylko wiedzieć jak, albo raczej w przypadku przyrody – trzeba mieć ku temu powód.
2. O jakości myślenia świadczy nie tylko liczba połączeń w mózgu, ale ich jakość. Zresztą, jedną z alternatywnych definicji wysokiego IQ jest niski poziom tzw. szumu. Jak wiemy, neurony mają naturalną aktywność, nawet i wtedy, gdy nie są używane, a gdy używane być w danej chwili zaczynają, ich aktywność w pewnym obszarze jest bardziej lub mniej zorganizowana. U jednego człowieka ten sam bodziec wywoła szybką i konkretną reakcję w punkt, u innego – rozproszy się i w efekcie nigdzie nie dotrze. Jest to własność układu nerwowego, niezależna od rozmiaru mózgu.
3. Jeśli chodzi o ilość energii, nie ma powodu, by człowiek nie mógł dziś przyjmować jej więcej. Skończyły się czasy, gdy każdy posiłek trzeba było upolować w buszu, dziś panuje raczej odwrotny problem, to jest problem otyłości, gdy ludzie mimo woli przyjmują zbyt duże porcje energii. Produkcja wysokokalorycznych posiłków jest, paradoksalnie, tańsza i prostsza niż produkcja ich niskokalorycznych ich wersji, więc, oględnie rzecz ujmując, bez przesady z tym narzekaniem na energochłonność mózgu.
4. Następny argument: wciąż niepoznana do końca rola komórek glejowych. Są to komórki otaczające neurony w mózgu, odżywiające je i spełniające bardzo wiele innych funkcji. Bez wątpienia mają wpływ na inteligencję, ale nikt nie wie jeszcze do końca, jaką. W każdym razie badacze przejmują się siecią neuronów, traktując je jak prostą sieć, nie biorąc pod uwagę, że obok nich rozwijają się też inne elementy, wpływające na jakość przekazu.
5. Wciąż mi nie daje spokoju artykuł, który kiedyś przeczytałam na temat życia u schyłku XIX wieku. Okazuje się, że wtedy większość obywateli Wielkiej Brytanii była przekonana, że wymyślono już wszystko, co można było wymyślić. Dlatego teraz reaguję alergicznie na tego typu rewelacje i poglądy, zgodnie z którymi „lepiej nie będzie”. Otóż będzie.
Pytanie tylko, czy matka natura ma wyraźny powód, żeby czynić nas inteligentniejszymi. Zależy to generalnie od tego, jakie cechy są w cenie i procentują liczniejszym potomstwem. Swego czasu była to siła fizyczna i spryt, czyli inteligencja, teraz – trudno powiedzieć. Z jednej strony uroda mająca świadczyć o zdrowiu, z drugiej pieniądze i poczucie humoru, mające świadczyć o inteligencji. Jednym słowem cele pośrednie zastąpiły te właściwe i ewolucja odtąd nie będzie już tak szybka. Inna sprawa, że kontrola urodzeń w krajach rozwiniętych powoduje, że przyrost naturalny jest tam dużo mniejszy niż w krajach trzeciego świata, właściwie mniejszy od zera, i być może zawsze tak będzie, że inteligencja będzie sama się eliminować z globalnego społeczeństwa. Niektórzy argumentują też, że, ponieważ najsłabsze i najmniej inteligentne jednostki już nie umierają z powodu rozwoju medycyny i opieki społecznej, błędy genetyczne będą się mnożyć, a ludzkość będzie słabnąć i cofać się w rozwoju. Ciężko powiedzieć, ale nie chce mi się wierzyć w to, że nie będzie już lepiej. Już ja o to zadbam :P





